Gość (83.4.*.*)
Kiedy myślimy o „Top Gun” z 1986 roku, przed oczami od razu stają nam lśniące kadłuby F-14 Tomcat, zachodzące słońce nad bazą Miramar i dynamiczne ujęcia w rytm „Danger Zone”. Choć film stał się kultowy i do dziś uważa się go za jeden z najlepszych filmów akcji wszech czasów, eksperci od lotnictwa oraz krytycy filmowi od lat wytykają mu brak realizmu. Stylistyka, którą zaproponował reżyser Tony Scott, została określona mianem „teledyskowej” nie bez powodu – priorytetem była tu estetyka, a nie wojskowa precyzja.
Aby zrozumieć, dlaczego „Top Gun” wygląda tak, jak wygląda, trzeba przyjrzeć się sylwetce jego twórcy. Tony Scott, zanim trafił do Hollywood, odnosił ogromne sukcesy w świecie reklam i krótkich form wizualnych. Przeniósł on na wielki ekran estetykę znaną z rodzącej się wówczas stacji MTV. Dla Scotta najważniejszy był „look” – nasycone kolory, dym na planie (nawet tam, gdzie nie powinno go być), długie cienie i wszechobecna „złota godzina”.
W efekcie każda scena z myśliwcami wygląda jak wysokobudżetowy klip muzyczny. Zamiast surowego, dokumentalnego podejścia do walki powietrznej, otrzymaliśmy wystylizowane obrazy, w których słońce zawsze odbija się od owiewki kokpitu w najbardziej fotogeniczny sposób. To podejście sprawiło, że film był niezwykle atrakcyjny wizualnie, ale kompletnie oderwany od realiów pracy pilota marynarki wojennej.
Kolejnym powodem, dla którego „Top Gun” bywa krytykowany za teledyskowy styl, jest montaż. Sceny walk powietrznych są pocięte na bardzo krótkie, dynamiczne ujęcia. W rzeczywistości walka kołowa (tzw. dogfight) to proces wymagający ogromnej świadomości przestrzennej, gdzie piloci często znajdują się w dużych odległościach od siebie.
W filmie Scotta samoloty latają niemal „skrzydło w skrzydło”. Z punktu widzenia taktyki wojskowej jest to błąd kardynalny i skrajnie niebezpieczny, ale z punktu widzenia kamery – niezbędny. Gdyby zachowano realistyczne dystanse, widzowie widzieliby jedynie małe kropki na niebie. Szybkie cięcia montażowe, zbliżenia na twarze pilotów w maskach tlenowych i nagłe przejścia do widoku z perspektywy maszyny miały budować adrenalinę, a nie edukować widza w zakresie manewrów powietrznych.
Krytycy realizmu w „Top Gun” często wskazują na kilka konkretnych elementów, które w świecie prawdziwych pilotów wywołują uśmiech politowania:
Podczas produkcji filmu Tony Scott tak bardzo chciał uzyskać idealne ujęcie startujących samolotów na tle zachodzącego słońca, że poprosił kapitana lotniskowca o zmianę kursu okrętu. Kiedy usłyszał, że taka operacja kosztuje 25 tysięcy dolarów, reżyser podobno wyciągnął książeczkę czekową, wypisał czek i wręczył go dowódcy, byle tylko „światło się zgadzało”. To najlepiej pokazuje, że dla twórców „Top Gun” estetyka była warta każdej ceny.
Mimo że „Top Gun” to w dużej mierze bajka o pilotach, stał się on jednym z najskuteczniejszych narzędzi rekrutacyjnych w historii US Navy. Po premierze filmu liczba chętnych do służby w lotnictwie marynarki wzrosła o 500 procent. Ludzie nie szukali w kinie instruktażu obsługi radaru, ale emocji, poczucia wolności i brawury, które teledyskowy styl Tony’ego Scotta oddawał idealnie.
Krytyka za brak realizmu jest więc uzasadniona technicznie, ale z perspektywy historii kina – niemal nieistotna. „Top Gun” nie miał być dokumentem, lecz mitem o współczesnych rycerzach przestworzy. Teledyskowa forma pozwoliła widzom poczuć prędkość i potęgę maszyn w sposób, którego surowy realizm nigdy by nie oddał. Dopiero kontynuacja z 2022 roku, „Top Gun: Maverick”, podjęła próbę połączenia tej niesamowitej estetyki z dużo większym naciskiem na fizyczne aspekty latania, co pokazuje, jak bardzo zmieniły się oczekiwania widzów przez te kilka dekad.