Gość (83.4.*.*)
Kultowa scena z filmu „Top Gun” z 1986 roku, w której Pete „Maverick” Mitchell ściga się na swoim motocyklu Kawasaki GPZ900R z startującym myśliwcem F-14 Tomcat, na stałe zapisała się w historii kina. Dla wielu widzów jest to kwintesencja wolności i adrenaliny. Jednak każdy, kto choć trochę zna się na fizyce i lotnictwie, zadaje sobie to samo pytanie: jak to możliwe, że Tom Cruise nie został zdmuchnięty z pasa startowego przez potężny podmuch z silników odrzutowych? Odpowiedź kryje się w magii kina, sprytnych trikach operatorskich oraz rygorystycznych zasadach bezpieczeństwa.
Kluczem do zrozumienia, dlaczego motocyklista przeżył tę scenę bez szwanku, jest technika filmowania. W rzeczywistości motocykl i myśliwiec znajdowały się w znacznie większej odległości od siebie, niż wydaje się to nam, siedzącym przed ekranem. Reżyser Tony Scott wykorzystał potęgę teleobiektywów (tzw. długich ogniskowych).
Obiektywy tego typu mają specyficzną właściwość – spłaszczają perspektywę. Sprawiają, że obiekty znajdujące się w dużej odległości od siebie (w tym przypadku myśliwiec na pasie startowym i motocykl na drodze technicznej obok) wydają się być niemal obok siebie. W rzeczywistości Maverick jechał bezpieczną drogą równoległą, oddaloną o kilkadziesiąt metrów od głównego pasa startowego, po którym poruszał się F-14.
Gdyby Tom Cruise rzeczywiście znalazł się bezpośrednio za dyszami silników Pratt & Whitney TF30, które napędzały F-14 Tomcat, skutki byłyby opłakane. Zjawisko to nazywamy „jet blast”, czyli podmuchem odrzutowym.
W filmie widzimy jednak drżące powietrze (tzw. heat haze), co sugeruje bliskość silników. Ten efekt był autentyczny, ale wynikał z faktu, że kamera była ustawiona pod takim kątem, by „patrzeć” przez gorące spaliny unoszące się nad pasem, co potęgowało wrażenie bliskości maszyny.
Produkcja „Top Gun” ściśle współpracowała z amerykańską marynarką wojenną. Żaden oficer bezpieczeństwa lotów nie pozwoliłby na narażenie aktora lub kaskadera na bezpośrednie działanie gazów wylotowych myśliwca. Każdy start widoczny w filmie był precyzyjnie zaplanowany.
Podczas kręcenia scen na lotnisku w Miramar, motocykl poruszał się po wyznaczonej strefie bezpieczeństwa. Co więcej, myśliwce startujące w tych ujęciach często nie używały pełnego dopalacza w momencie, gdy motocykl znajdował się na ich wysokości, aby zminimalizować ryzyko niekontrolowanych podmuchów bocznych.
Warto dodać, że Kawasaki GPZ900R, którym poruszał się Tom Cruise, był w tamtym czasie najszybszym seryjnie produkowanym motocyklem na świecie. Osiągał prędkość blisko 250 km/h, co pozwalało mu dotrzymać kroku rozpędzającemu się myśliwcowi (który rotuje, czyli unosi nos do startu, przy około 240-280 km/h w zależności od masy). To sprawiło, że scena wyglądała bardzo realistycznie, mimo że fizyczna bliskość obu maszyn była czystą iluzją.
Sukces tej sceny polega na tym, że twórcy nie użyli efektów komputerowych (CGI), których w 1986 roku praktycznie nie było w takiej formie. Wszystko, co widzimy – samolot, motocykl, dym i ogień z dysz – jest prawdziwe. Dzięki mistrzowskiemu montażowi i ustawieniu kamer, widz odnosi wrażenie uczestnictwa w niezwykle niebezpiecznym wyczynie, podczas gdy w rzeczywistości była to precyzyjnie wykonana choreografia, w której fizyka i bezpieczeństwo grały pierwsze skrzypce.
Podsumowując, Maverick nie zginął w tej scenie, ponieważ dzięki teleobiektywom „oszukano” nasze oczy, a w rzeczywistości Tom Cruise znajdował się w bezpiecznej odległości od niszczycielskiej siły silników F-14.