Gość (83.4.*.*)
Wyobraź sobie ruch, który na sztandarach niesie absolutną wolność jednostki, brak hierarchii i bezkompromisową walkę z wszelkimi formami opresji. Ruch, który głośno i stanowczo potępia molestowanie seksualne, kładąc nacisk na świadomą zgodę (consent) i nienaruszalność ludzkiego ciała. A teraz wyobraź sobie, że w tych samych kręgach pojawia się nieformalna, ale bardzo wyczuwalna presja: „Musisz być wyzwolony seksualnie. Jeśli nie masturbujesz się codziennie, nie oglądasz porno i masz opory przed nagością, to znaczy, że jesteś pruderyjnym mieszczuchem”.
Ta sprzeczność to jądro krytyki, z jaką mierzą się niektóre współczesne środowiska anarchistyczne. Dlaczego promowanie wyzwolenia seksualnego w ten sposób bywa nazywane podwójnym standardem? Aby to zrozumieć, musimy przyjrzeć się głębszym mechanizmom psychologicznym, społecznym i politycznym, które stoją za tym konfliktem.
W teorii politycznej i społecznej często rozróżnia się dwa rodzaje wolności: wolność pozytywną (wolność „do” robienia czegoś, rozwijania się, ekspresji) oraz wolność negatywną (wolność „od” przymusu, ingerencji i cudzych oczekiwań).
W kontekście seksualnym anarchizm historycznie walczył o wolność „do” – o prawo do wolnej miłości, nieskrępowanej antykoncepcji czy odrzucenia tradycyjnego, patriarchalnego małżeństwa. Jednak krytycy (w tym badaczki zajmujące się feminizmem i anarchizmem, jak Breanne Fahs) zauważają, że współczesny ruch proseksualny (sex-positive), który mocno zakorzenił się w środowiskach anarchistycznych, często zapomina o wolności „od”.
Kiedy subkultura wywiera presję na to, by stale manifestować swoją seksualność, oglądać erotykę czy normalizować codzienną masturbację, wolność „od” zostaje pogwałcona. Osoba, która z różnych powodów – aseksualności, niskiego libido, osobistych przekonań czy po prostu potrzeby prywatności – nie chce uczestniczyć w tej sferze życia, zaczyna czuć się wykluczona lub oceniana. W ten sposób anarchiści, deklarując walkę z przymusem, mogą sami tworzyć nieformalny aparat nacisku społecznego, co jest zaprzeczeniem ich własnych fundamentów ideowych.
Kolejnym punktem zapalnym jest stosunek do pornografii i erotyki. Anarchiści z założenia dążą do obalenia kapitalizmu i patriarchatu, uznając je za systemy głęboko opresyjne i oparte na dominacji. Jednocześnie w wielu wolnościowych kręgach oglądanie pornografii bywa promowane jako narzędzie do przełamywania tabu i „rozładowywania napięcia”.
Tutaj pojawia się potężny zgrzyt logiczny, na który wskazują zwłaszcza anarchofeministki i radykalne feministki:
Krytycy podkreślają, że promowanie pornografii jako „terapii na pruderię” bez głębokiej refleksji nad tym, jak te materiały powstają, to klasyczny podwójny standard. Oczekiwanie, że jednostka będzie wspierać ten przemysł w imię „postępu”, stoi w jawnej sprzeczności z anarchistyczną etyką solidarności i sprzeciwu wobec wyzysku.
Jednym z najbardziej kontrowersyjnych argumentów, z jakimi można się spotkać w dyskusjach o seksualności, jest twierdzenie, że codzienna masturbacja czy oglądanie erotyki są konieczne do „rozładowania napięcia seksualnego”, co rzekomo ma zapobiegać agresji i molestowaniu.
Z perspektywy feministycznej i psychologicznej ten argument jest uznawany za niezwykle szkodliwy, ponieważ:
Dla krytyków to absolutne zaprzeczenie anarchizmu. Anarchizm opiera się na wierze w odpowiedzialność jednostki i jej zdolność do samostanowienia bez zewnętrznego bata. Twierdzenie, że człowiek potrzebuje „wentyla bezpieczeństwa” w postaci porno, by nie krzywdzić innych, odziera nas z podmiotowości i moralnej odpowiedzialności za własne czyny.
Anarchizm dąży do świata bez klatek i bez narzuconych dogmatów. Jednak w praktyce subkulturowej walka z pruderią potrafi zamienić się w swoją własną karykaturę – dogmat „obowiązkowego wyzwolenia”.
Zjawisko to bywa nazywane „prude-shamingiem” (zawstydzaniem z powodu rzekomej pruderii). Jeśli nie chcesz rozmawiać o swoich fantazjach, nie interesuje Cię postpornografia, wolisz monogamię lub celibat, możesz zostać uznany za osobę „niewyzwoloną”, „skażoną mieszczańską moralnością” lub „represjonowaną przez system”.
W ten sposób wewnątrz wolnościowych społeczności tworzy się nowa, nieformalna hierarchia:
Taki podział to nic innego jak nowa forma kontroli społecznej i wywierania presji rówieśniczej (peer pressure), która uderza w podstawowe prawo do samostanowienia.
Warto wiedzieć, że dyskusja ta nie jest nowa i doprowadziła do powstania ciekawego nurtu artystyczno-społecznego, jakim jest postporno (postpornografia). Część anarchistów i feministek, dostrzegając opresyjność i drapieżność mainstreamowego porno, postanowiła stworzyć dla niego alternatywę.
Postporno to materiały tworzone etycznie, z pełnym poszanowaniem praw osób występujących, często o charakterze queerowym, edukacyjnym, ciałopozytywnym i artystycznym. Twórcy tego nurtu starają się pokazać, że można eksplorować seksualność bez wspierania kapitalistycznej machiny wyzysku. Niemniej jednak, nawet w tym nurcie krytycy wciąż ostrzegają przed popadaniem w dogmatyzm i zmuszaniem kogokolwiek do uczestnictwa w kulturze przesyconej seksem.
Krytyka podwójnych standardów w podejściu do seksualności pokazuje, że nawet najbardziej wolnościowe idee mogą zostać wypaczone, jeśli zaczniemy narzucać je innym jako jedyny słuszny wzorzec zachowań. Molestowanie seksualne jest drastycznym naruszeniem autonomii jednostki – i dokładnie tym samym, choć w subtelniejszej formie, jest wywieranie społecznej presji na to, jak ktoś ma przeżywać (lub nie przeżywać) swoją seksualność.
Prawdziwy anarchizm i szacunek dla drugiego człowieka opierają się na prostej zasadzie: Twoje ciało, Twoje decyzje. Obejmuje to zarówno prawo do głośnego potępiania przemocy, jak i prawo do powiedzenia: „Nie interesuje mnie porno, nie mam ochoty na masturbację i chcę zachować swoją prywatność”. Bez tego wolność staje się jedynie kolejnym pustym hasłem.