Gość (83.4.*.*)
Wiosna 2020 roku zapisała się w pamięci Polaków nie tylko z powodu lockdownu i pustych ulic, ale także ze względu na bezprecedensowy spór polityczny dotyczący tzw. wyborów kopertowych. Plan przeprowadzenia głosowania na Prezydenta RP wyłącznie drogą korespondencyjną wywołał falę emocji, dzieląc społeczeństwo, prawników i polityków. Choć ostatecznie do głosowania w tej formie 10 maja nie doszło, argumenty obu stron do dziś stanowią ważny element debaty o polskiej demokracji i funkcjonowaniu państwa w sytuacjach kryzysowych.
Głównym promotorem tego rozwiązania był obóz rządzący (Zjednoczona Prawica). Ich narracja opierała się przede wszystkim na konieczności zachowania ciągłości władzy państwowej przy jednoczesnym dbaniu o bezpieczeństwo obywateli w dobie szalejącej pandemii COVID-19.
W tamtym czasie tradycyjne pójście do lokali wyborczych kojarzyło się z ogromnym ryzykiem. Rząd argumentował, że głosowanie korespondencyjne to jedyny sposób, aby umożliwić Polakom realizację ich konstytucyjnego prawa bez narażania ich na zarażenie wirusem. Uniknięcie kolejek i bezpośredniego kontaktu z komisją wyborczą miało być kluczowe dla wyhamowania transmisji patogenu.
Zwolennicy podkreślali, że Konstytucja RP narzuca sztywne terminy przeprowadzenia wyborów prezydenckich. Przesunięcie ich bez wprowadzenia stanu nadzwyczajnego (którego rząd nie chciał ogłaszać z obawy przed roszczeniami odszkodowawczymi firm) byłoby – według nich – złamaniem ustawy zasadniczej. Wybory korespondencyjne miały być "trzecią drogą", pozwalającą na dotrzymanie terminów w nadzwyczajnych warunkach.
Często przywoływanym argumentem były wybory lokalne w Bawarii, które odbyły się w marcu 2020 roku właśnie w formie korespondencyjnej. Polski rząd wskazywał, że skoro w Niemczech takie rozwiązanie zadziałało i nie doprowadziło do katastrofy epidemicznej, to Polska również jest w stanie sprostać temu wyzwaniu organizacyjnemu.
Opozycja, wielu konstytucjonalistów oraz organizacje pozarządowe podnosiły szereg argumentów przeciwko tak gwałtownej zmianie sposobu głosowania. Ich zastrzeżenia dotyczyły zarówno kwestii prawnych, jak i czysto technicznych.
Podstawowym zarzutem był brak zachowania standardów wolnych i uczciwych wyborów. Wskazywano, że głosowanie korespondencyjne w takiej formie narusza zasadę tajności (trudno zapewnić dyskrecję w domowych warunkach) oraz powszechności. Krytykowano również fakt, że zmiany w kodeksie wyborczym wprowadzano "na kolanie", tuż przed samym terminem głosowania, co jest sprzeczne z orzecznictwem Trybunału Konstytucyjnego mówiącym o tzw. ciszy legislacyjnej (brak istotnych zmian w prawie wyborczym na 6 miesięcy przed wyborami).
Przeciwnicy wytykali, że Poczta Polska nie jest przygotowana do tak gigantycznej operacji logistycznej w tak krótkim czasie. Pojawiły się pytania o bezpieczeństwo pakietów wyborczych – czy nie będą one wyciągane ze skrzynek, czy trafią do właściwych osób i kto będzie weryfikował tożsamość głosującego. Kontrowersje budziło też przekazanie danych osobowych obywateli z bazy PESEL do Poczty Polskiej bez wyraźnej podstawy prawnej w tamtym momencie.
Co ciekawe, argument o zdrowiu był używany przez obie strony. Przeciwnicy twierdzili, że roznoszenie milionów kopert przez listonoszy oraz ich późniejsze zbieranie i liczenie przez członków komisji może stać się "bombą biologiczną". Wskazywano, że wirus może przetrwać na powierzchni papieru, co narażałoby pracowników poczty i osoby liczące głosy.
Ostatecznie wybory 10 maja 2020 roku nie odbyły się. Pakiety wyborcze, które zostały wydrukowane, nigdy nie trafiły do obywateli. Cała operacja przeszła do historii pod nazwą "wyborów kopertowych", a jej koszt stał się przedmiotem licznych kontroli i debat publicznych.
Ciekawostka: Słynne 70 milionów złotych
Według raportu Najwyższej Izby Kontroli (NIK), przygotowania do wyborów, które się nie odbyły, kosztowały budżet państwa ponad 70 milionów złotych. Kwota ta stała się symbolem politycznego sporu i była wielokrotnie przywoływana w mediach oraz w trakcie obrad komisji śledczej, która została powołana w 2023 roku, aby zbadać legalność i zasadność podejmowanych wtedy decyzji.
Wybory prezydenckie w 2020 roku ostatecznie odbyły się w czerwcu i lipcu w formie hybrydowej (tradycyjnej z zachowaniem reżimu sanitarnego oraz korespondencyjnej dla chętnych i osób na kwarantannie). Spór o majowe głosowanie pokazał jednak, jak trudne jest znalezienie kompromisu między literą prawa a nadzwyczajnymi okolicznościami, takimi jak globalna pandemia.