Gość (37.30.*.*)
Od referendum w 2016 roku, w którym Brytyjczycy niewielką większością głosów zdecydowali o opuszczeniu Unii Europejskiej, minęło już wystarczająco dużo czasu, by emocje opadły, a ich miejsce zajęła twarda rzeczywistość. Temat Brexitu wciąż dzieli społeczeństwo na Wyspach, ale dane z ostatnich lat wskazują na wyraźną zmianę nastrojów. Coraz częściej w brytyjskich mediach pojawia się termin „Bregret” (połączenie słów Brexit i regret – żal), opisujący rosnącą grupę osób, które dziś zagłosowałyby inaczej.
Według licznych sondaży przeprowadzanych przez ośrodki takie jak YouGov czy Statista, większość Brytyjczyków uważa obecnie, że wyjście z Unii Europejskiej było błędem. Przełom nastąpił około 2021 roku, a od tego czasu przewaga przeciwników Brexitu systematycznie rośnie. W niektórych badaniach nawet ponad 55-60% ankietowanych twierdzi, że kraj radziłby sobie lepiej wewnątrz wspólnoty.
Skąd ta zmiana? Głównym powodem jest gospodarka. Obietnice o „odzyskaniu kontroli” i miliardach funtów, które miały zasilić brytyjską służbę zdrowia (NHS), zderzyły się z rzeczywistością wysokiej inflacji, braków kadrowych w rolnictwie i gastronomii oraz biurokratycznych utrudnień w handlu z Europą. Brytyjczycy odczuwają skutki Brexitu we własnych portfelach – od wyższych cen żywności po trudności z podróżowaniem czy pracą na kontynencie.
Istnieje kilka kluczowych obszarów, w których rzeczywistość po Brexicie rozminęła się z oczekiwaniami wyborców:
Mimo rosnącego niezadowolenia, droga do ponownego członkostwa w UE (tzw. Rejoin) jest daleka i wyboista. Obecnie żadna z głównych sił politycznych w Wielkiej Brytanii nie postuluje natychmiastowego powrotu do wspólnoty. Partia Pracy, która przejęła władzę w 2024 roku, stawia raczej na „naprawianie relacji” i ściślejszą współpracę handlową oraz obronną, unikając jednak tematu ponownego wejścia do jednolitego rynku czy unii celnej.
Politycy obawiają się, że ponowne otwarcie kwestii członkostwa mogłoby doprowadzić do kolejnych głębokich podziałów społecznych. Ponadto, proces akcesyjny nie byłby prosty. Wielka Brytania straciła swoje dawne przywileje (takie jak słynny rabat brytyjski) i jako nowy kandydat musiałaby prawdopodobnie zaakceptować standardowe warunki, w tym potencjalne przyjęcie waluty euro, co dla wielu Brytyjczyków wciąż jest barierą nie do przejścia.
Bruksela obserwuje sytuację z dystansem. Choć wielu liderów unijnych z żalem żegnało Wielką Brytanię, obecnie priorytetem dla UE jest stabilność. Ewentualny powrót musiałby wiązać się z silnym, ponadpartyjnym konsensusem na Wyspach, aby uniknąć sytuacji, w której za kilka lat kolejny rząd znów chciałby opuścić wspólnotę. Nie mam dostępu do informacji o tajnych negocjacjach, ale oficjalny przekaz z Brukseli jest jasny: drzwi są otwarte, ale zasady członkostwa są jednakowe dla wszystkich.
Kluczowym czynnikiem może okazać się demografia. Sondaże pokazują, że najmłodsze pokolenia Brytyjczyków są w przeważającej mierze proeuropejskie. Dla osób, które w 2016 roku były zbyt młode, by głosować, Brexit jest postrzegany jako ograniczenie ich możliwości życiowych i zawodowych.
W najbliższych latach najbardziej prawdopodobnym scenariuszem jest model „pełzającego zbliżenia”. Wielka Brytania może stopniowo dostosowywać swoje przepisy do unijnych, by ułatwić handel, i dołączać do poszczególnych programów (jak np. program badawczy Horizon). Pełny powrót to perspektywa raczej dekady lub dwóch niż najbliższych lat.
Jednym z symboli „odzyskania suwerenności” miała być zmiana koloru paszportów z bordowych (unijnych) na tradycyjne granatowe. Ironią losu jest fakt, że nowe brytyjskie paszporty są produkowane przez polsko-francuską firmę Thales, a ich druk odbywa się częściowo w Polsce (w Tczewie). To pokazuje, jak bardzo powiązana jest dzisiejsza europejska gospodarka, niezależnie od granic politycznych.