Gość (37.30.*.*)
Relacje polsko-francuskie w okresie międzywojennym to jeden z najbardziej fascynujących, a zarazem frustrujących rozdziałów w historii europejskiej dyplomacji. Z perspektywy Warszawy często wyglądało to na czystą hipokryzję: Paryż oczekiwał, że Polska będzie "kordonem sanitarnym" oddzielającym Europę od bolszewizmu i "wschodnią tamą" powstrzymującą Niemcy, a jednocześnie rzucał kłody pod nogi polskim aspiracjom mocarstwowym. Historycy nie tylko dostrzegają ten paradoks, ale potrafią go dość precyzyjnie wyjaśnić, wskazując na brutalną logikę realpolitik.
Aby zrozumieć postępowanie Francji, musimy cofnąć się do roku 1914. Przez dekady fundamentem bezpieczeństwa Francji był sojusz z Rosją. To "rosyjski walec" miał zmusić Niemcy do walki na dwa fronty. Kiedy po rewolucji bolszewickiej Rosja wypadła z gry i zawarła separatystyczny pokój, Francja wpadła w panikę. Polska, odrodzona w 1918 roku, stała się dla Paryża "sojusznikiem z rozsądku", a nie z wyboru.
Francuscy stratedzy traktowali Polskę jako paliatif – środek zastępczy. Marzeniem francuskiej dyplomacji przez niemal całe dwudziestolecie międzywojenne był powrót Rosji (nawet białej, a później "ucywilizowanej" czerwonej) do antyniemieckiego obozu. Silna Polska, posiadająca terytoria, do których pretensje zgłaszała Moskwa, była przeszkodą w ewentualnym porozumieniu francusko-rosyjskim. Dlatego Francja chciała Polski wystarczająco silnej, by przetrwała, ale nie na tyle potężnej, by mogła prowadzić w pełni niezależną politykę lub trwale zablokować powrót Rosji na europejskie salony.
W Paryżu obawiano się, że zbyt silna Polska stanie się nieobliczalna. Francuzi bali się tzw. "polskiego imperializmu", który mógłby wciągnąć Francję w wojnę z Niemcami lub ZSRR w momencie, gdy Paryż nie byłby na to gotowy. To dlatego podczas wojny polsko-bolszewickiej w 1920 roku francuska pomoc była obwarowana licznymi warunkami, a doradcy z Misji Wojskowej (wśród nich młody Charles de Gaulle) często patrzyli z góry na polskie dowództwo.
Dodatkowym czynnikiem była Wielka Brytania. Londyn panicznie bał się francuskiej hegemonii na kontynencie. Brytyjczycy uważali Polskę za "państwo sezonowe" i francuskiego satelitę. Francja, chcąc utrzymać dobre relacje z Brytyjczykami, musiała tonować swoje wsparcie dla Warszawy. W efekcie Polska często stawała się kartą przetargową w wielkiej grze mocarstw.
Choć Francja kreowała się na "wielką siostrę" Polski, ich relacje gospodarcze były bardzo surowe. Większość kredytów na uzbrojenie, które Francja przyznawała Polsce, musiała zostać wydana w całości we francuskich fabrykach broni, często na sprzęt przestarzały lub po zawyżonych cenach. Była to forma dotowania własnego przemysłu kosztem polskiego podatnika.
Momentem, w którym paradoks francuskiej polityki stał się bolesną rzeczywistością dla Polaków, był traktat w Locarno z 1925 roku. Francja zagwarantowała tam nienaruszalność swojej granicy z Niemcami, ale odmówiła analogicznych gwarancji dla granicy polsko-niemieckiej.
Dla Warszawy był to jasny sygnał: są granice pierwszej i drugiej kategorii. Francja chciała mieć w Polsce strażnika na wschodzie, ale nie zamierzała za tego strażnika "umierać za Gdańsk", jeśli tylko udałoby się dogadać z Berlinem kosztem polskich terytoriów. To właśnie ten brak równowagi sprawił, że Józef Piłsudski i później Józef Beck zaczęli prowadzić politykę "równej odległości" między Berlinem a Moskwą, co z kolei Paryż odebrał jako nielojalność.
Silne mocarstwo to silna gospodarka. Tymczasem kapitał francuski w Polsce (obecny m.in. w kopalniach i przemyśle tekstylnym, jak w słynnym Żyrardowie) często nastawiony był na szybki drenaż zysków, a nie na rozwój lokalnej infrastruktury. Francja postrzegała Europę Środkową jako rynek zbytu i źródło surowców, a nie jako partnera przemysłowego.
Historycy wskazują, że francuska elita polityczna była mentalnie uwięziona w XIX-wiecznym sposobie myślenia:
Z perspektywy historycznej odpowiedź na pytanie o ten paradoks jest prosta, choć gorzka: Francja nie chciała Polski jako mocarstwa, ponieważ mocarstwo ma własne interesy, które mogą być sprzeczne z interesami Paryża. Francja potrzebowała Polski jako "podwykonawcy" w dziedzinie bezpieczeństwa – kogoś, kto wykona brudną robotę na wschodzie, pozostając jednocześnie zależnym finansowo, militarnie i dyplomatycznie od instrukcji płynących z nad Sekwany. Tragizm tej sytuacji polegał na tym, że osłabiając Polskę, Francja w rzeczywistości podcinała gałąź, na której sama siedziała, co brutalnie obnażył rok 1940.