Gość (37.30.*.*)
System sądowniczy w powojennej Polsce, zwłaszcza w mrocznych latach stalinizmu (1944–1956), był daleki od dzisiejszych standardów niezawisłości. Choć z perspektywy czasu może wydawać się nielogiczne, że sędzia wydawał surowy wyrok, by zaraz potem prosić o jego złagodzenie, mechanizm ten był wynikiem brutalnej politycznej gry, strachu oraz specyficznej konstrukcji ówczesnego prawa. Aby zrozumieć ten paradoks, musimy przyjrzeć się temu, jak funkcjonował aparat represji i jaką rolę odgrywał w nim sędzia.
Jednym z głównych powodów, dla których sądy nie mogły orzekać łagodniej, był tzw. Mały kodeks karny (Dekret z 13 czerwca 1946 roku o przestępstwach szczególnie niebezpiecznych w okresie odbudowy Państwa). Było to narzędzie walki z podziemiem niepodległościowym i wszelkimi przejawami oporu. Przepisy te były skonstruowane w sposób niezwykle sztywny – za wiele czynów, które dziś uznalibyśmy za błahe lub polityczne, przewidywały one bardzo wysokie kary minimalne, w tym karę śmierci lub dożywotnie więzienie.
Sędzia, orzekając w sprawach politycznych, często miał związane ręce. Jeśli dowody (często wymuszone torturami w śledztwie) wskazywały na winę w świetle obowiązującego dekretu, prawo nie przewidywało „widełek”, które pozwoliłyby na wymierzenie niskiego wyroku. Wydanie wyroku niezgodnego z literą stalinowskiego prawa byłoby dla sędziego aktem odwagi graniczącym z samobójstwem zawodowym, a nawet osobistym.
W czasach stalinowskich sędzia nie był bezstronnym arbitrem, lecz „żołnierzem rewolucji”. Oczekiwano od niego tzw. czujności klasowej. Każdy wyrok był analizowany przez aparat partyjny pod kątem jego „słuszności politycznej”. Gdyby sędzia samodzielnie złagodził karę wobec „wroga ludu”, naraziłby się na zarzut sprzyjania reakcji, co mogło skutkować usunięciem z zawodu, a w skrajnych przypadkach – oskarżeniem o sabotaż.
Sugestia aktu łaski była dla sędziego swoistym bezpiecznikiem. Wydając surowy wyrok, sędzia wypełniał „wolę ludu” i litery prawa, chroniąc własną skórę. Jednocześnie, jeśli sprawa budziła w nim wątpliwości moralne lub uważał, że kara jest rażąco niewspółmierna do czynu, przesuwał odpowiedzialność na wyższy szczebel – do Rady Państwa lub bezpośrednio do Bolesława Bieruta.
Warto zauważyć, że system stalinowski uwielbiał kreować wizerunek „sprawiedliwego i miłosiernego przywódcy”. Procedura ułaskawienia idealnie wpisywała się w tę narrację. Mechanizm wyglądał następująco:
Dzięki temu partia mogła kontrolować poziom terroru. Jeśli uznano, że dany skazany może być jeszcze użyteczny lub że egzekucja wywoła zbyt duży opór społeczny, akt łaski był wygodnym wyjściem, które nie podważało autorytetu surowego prawa, a jedynie demonstrowało „dobrą wolę” władzy.
Bolesław Bierut osobiście rozpatrywał tysiące próśb o ułaskawienie. Choć w wielu przypadkach (szczególnie wobec żołnierzy AK i NSZ) pozostawał nieugięty, zdarzały się sytuacje, w których zamieniał karę śmierci na dożywocie lub wieloletnie więzienie. Często działo się to właśnie po sugestii sądu, który w tajnych opiniach dołączanych do akt wskazywał na młody wiek oskarżonego, jego „nieuświadomienie polityczne” lub fakt, że działał pod przymusem.
Istniał jeszcze jeden, czysto pragmatyczny powód. W tamtym okresie prokuratura była niezwykle potężna i często składała rewizje na korzyść surowszego ukarania, jeśli uznała wyrok za zbyt łagodny. Sędzia, który wydałby niski wyrok, ryzykował, że zostanie on uchylony przez sąd wyższej instancji pod naciskiem politycznym, co stawiałoby go w bardzo złym świetle przed przełożonymi. Wydanie wyroku surowego z jednoczesną sugestią łaski było proceduralnie „czystsze” i trudniejsze do zaatakowania przez prokuratora jako przejaw słabości wobec wroga.
Podsumowując, sugerowanie aktu łaski zamiast wydawania łagodniejszych wyroków było efektem:
Był to tragiczny element rzeczywistości, w której prawo stało się jedynie narzędziem w rękach polityków, a sędziowie często musieli wybierać między własnym bezpieczeństwem a elementarnym poczuciem sprawiedliwości.