Gość (37.30.*.*)
Wyobraź sobie świat, w którym powietrze pachnie inaczej, każdy krok jest odczuwany dziesięć razy mocniej, a ludzie wyglądają jak postacie z pogranicza science-fiction i biologicznego eksperymentu. Zmiany w składzie atmosfery oraz drastyczne modyfikacje ludzkiej anatomii, o które pytasz, stworzyłyby rzeczywistość fascynującą, ale jednocześnie ekstremalnie niebezpieczną. Przyjrzyjmy się punkt po punkcie, co stałoby się z naszą planetą i nami samymi w takim scenariuszu.
Zmiana składu atmosfery, którą opisujesz, wydaje się subtelna (procent tu, procent tam), ale w skali globalnej byłaby to katastrofa ekologiczna i zdrowotna.
Wzrost tlenu do 22% przy jednoczesnym spadku azotu do 75% sprawiłby, że wszystko płonęłoby znacznie łatwiej. Wilgotne lasy, które dziś są odporne na ogień, mogłyby stawać się regularnymi pochodniami. Choć 1% tlenu więcej wydaje się małą zmianą, dla metabolizmu organizmów oznaczałoby to przyspieszone procesy utleniania (starzenia się) i większe ryzyko uszkodzeń komórkowych.
To tutaj robi się naprawdę dziwnie. Ksenon w stężeniu 1% (obecnie to śladowe ilości) działałby na nas jak lekki środek anestezjologiczny. Ksenon jest używany w medycynie jako gaz do znieczulenia ogólnego. Przy 1% nie zasnęlibyśmy natychmiast, ale bylibyśmy stale otumanieni i spowolnieni.
Dodaj do tego 0,5% podtlenku azotu (gazu rozweselającego). To stężenie jest ogromne – obecnie w atmosferze mamy go około 0,00003%. Taka ilość gazu rozweselającego w każdym oddechu mogłaby wywoływać stan permanentnej euforii, zawrotów głowy i zaburzeń koordynacji. Z kolei 0,3% helu sprawiłoby, że głosy wszystkich ludzi stałyby się nienaturalnie wysokie (choć przy tym stężeniu efekt byłby subtelny, a nie komiczny jak po balonie).
To jest najciemniejsza strona Twojej wizji.
Gdybyśmy jednak jakimś cudem przetrwali w tej atmosferze (może dzięki powiększonym narządom?), nasze życie wyglądałoby zupełnie inaczej.
Wydłużenie ud i podudzi o łącznie 20 cm sprawiłoby, że przeciętny człowiek miałby około 190-200 cm wzrostu. Wyższy środek ciężkości utrudniłby zachowanie równowagi, ale większe serce i płuca (o 15%) mogłyby to zrekompensować. Większe płuca pozwalałyby efektywniej filtrować ten dziwny miks gazowy, a silniejsze serce pompowałoby krew do znacznie dłuższych kończyn. Bylibyśmy świetnymi biegaczami długodystansowymi, ale nasze stawy (kolana i biodra) byłyby poddawane ogromnym przeciążeniom.
Dziesięciokrotnie więcej zakończeń nerwowych w dłoniach, stopach i pośladkach to nie jest supermoc – to przekleństwo.
Dwu- lub trzylitrowy worek w połowie szyi to element anatomiczny znany u niektórych zwierząt (np. u fregat lub niektórych gatunków żab). Mógłby on służyć jako:
Zdolność trawienia chityny (głównego składnika pancerzy owadów i skorupiaków) byłaby z kolei genialną adaptacją ewolucyjną. W świecie, gdzie rolnictwo mogłoby upaść przez zmiany klimatu, owady stałyby się głównym źródłem białka. Dzięki odpowiednim enzymom (chitynazom) moglibyśmy jeść chrząszcze czy szarańczę "w całości", czerpiąc z nich maksimum energii.
Podsumujmy to matematycznie i biologicznie.
Obliczenie stężenia toksycznego CO:
Wniosek:
Gdyby te zmiany zaszły nagle, ludzkość i większość ssaków wyginęłaby w ciągu jednego popołudnia z powodu zatrucia tlenkiem węgla. Gdyby jednak proces ten trwał miliony lat (ewolucja), człowiek mógłby stać się wysokim, niezwykle wrażliwym na dotyk stworzeniem, które porozumiewa się niskimi dźwiękami wydawanymi przez worek rezonansowy i żywi się głównie insektami.
Warto wiedzieć, że ludzie już teraz posiadają geny odpowiedzialne za produkcję chitynazy (enzymu rozkładającego chitynę), ale u większości z nas są one mało aktywne. Niektóre populacje w Azji czy Afryce, gdzie owady są stałym elementem diety, radzą sobie z ich trawieniem znacznie lepiej niż Europejczycy. Twoja wizja "człowieka przyszłości" pod kątem diety nie jest więc aż tak odrealniona, jak mogłoby się wydawać!