Gość (37.30.*.*)
Sytuacja, w jakiej znalazła się Polska we wrześniu 1939 roku, była bezprecedensowa. Po agresji III Rzeszy i Związku Radzieckiego najwyższe władze Rzeczypospolitej musiały opuścić kraj, by uniknąć niewoli i zachować ciągłość państwową. Trafiły do Rumunii, gdzie zostały internowane. To właśnie tam rozegrał się jeden z najbardziej kontrowersyjnych dramatów politycznych II wojny światowej, w którym Francja i Wielka Brytania odegrały role nie tyle sojuszników, co surowych kuratorów. Choć określenie „traktowanie jak kolonię” brzmi ostro, w rzeczywistości politycznej tamtego okresu polska suwerenność stała się zakładnikiem mocarstw zachodnich.
Zgodnie z zapisami Konstytucji kwietniowej z 1935 roku, prezydent Ignacy Mościcki miał prawo wyznaczyć swojego następcę na wypadek wojny. Jego pierwszym wyborem był generał Bolesław Wieniawa-Długoszowski – postać barwna, adiutant Piłsudskiego, dyplomata i człowiek o wielkiej charyzmie. Jednak gdy tylko informacja o tej nominacji dotarła do Paryża, wybuchł skandal.
Francuzi, wspierani przez Brytyjczyków, kategorycznie odmówili uznania Wieniawy. Oficjalnym powodem była jego rzekoma „nieodpowiedzialność” i zbyt bliskie związki z obozem sanacyjnym, który Zachód obarczał winą za klęskę wrześniową i wcześniejszą politykę lawirowania między Berlinem a Moskwą. W rzeczywistości chodziło o brutalną grę o wpływy. Francja chciała mieć w polskim rządzie ludzi, którzy byliby im dłużni i lojalni, a nie kontynuatorów myśli politycznej Józefa Piłsudskiego.
Francuski ambasador przy polskim rządzie, Léon Noël, odegrał tu kluczową rolę. Wyraźnie zakomunikował internowanym w Rumunii Polakom, że jeśli Wieniawa nie zrezygnuje, Francja nie uzna polskiego rządu na uchodźstwie. Dla państwa, które właśnie straciło terytorium, brak uznania międzynarodowego oznaczał polityczną śmierć. Polska przestałaby istnieć jako podmiot prawa międzynarodowego, a jej armia formująca się na Zachodzie stałaby się grupą najemników.
To był klasyczny szantaż. Polska, choć formalnie niepodległa, w tamtym momencie nie posiadała żadnych atutów. Nie miała ziemi, nie miała pieniędzy (złoto było w drodze), a jej jedyną siłą była legitymizacja prawna. Francuzi wiedzieli, że mogą dyktować warunki, bo to na ich terytorium miał powstać nowy ośrodek władzy.
Odrzucenie Wieniawy otworzyło drogę do władzy politykom, którzy od lat byli w opozycji do Sanacji. Francja i Wielka Brytania postawiły na Władysława Sikorskiego. Był on postrzegany jako polityk profrancuski, a co ważniejsze – był skonfliktowany z ekipą rządzącą Polską przed wojną.
Ostatecznie prezydentem został Władysław Raczkiewicz, ale to Sikorski jako premier i Naczelny Wódz skupił w swoich rękach realną władzę. Proces ten odbył się pod ogromną presją zewnętrzną. Można powiedzieć, że alianci dokonali „wymiany elit” w polskim państwie, korzystając z faktu, że dotychczasowi liderzy byli uwięzieni w Rumunii lub skompromitowani militarną porażką.
Aby ograniczyć autorytarne zapędy nowej władzy (i uspokoić Francuzów), prezydent Raczkiewicz musiał podpisać tzw. umowę paryską. Zobowiązał się w niej, że każdy swój krok wynikający z konstytucji będzie konsultował z premierem (Sikorskim). W praktyce oznaczało to dobrowolne zrzeczenie się części uprawnień prezydenckich na rzecz rządu wyłonionego pod okiem Paryża.
Użycie słowa „kolonia” w kontekście Polski w 1939 roku odnosi się do całkowitej zależności finansowej, militarnej i politycznej. Polskie władze na uchodźstwie:
Z perspektywy Paryża i Londynu, Polska była „upadłym sojusznikiem”, którego trzeba było zreorganizować według własnych potrzeb. Mocarstwa te nie ufały polskim elitom przedwojennym, uważając je za zbyt butne i nieprzewidywalne. Chciały rządu, który będzie realizował wspólną strategię aliantów, a nie własne mocarstwowe ambicje, które przypisywano Sanacji.
Dlaczego tak się stało? Odpowiedź jest prosta, choć bolesna: w polityce międzynarodowej rację ma ten, kto ma armię i terytorium. Polska we wrześniu 1939 roku straciła oba te atrybuty. Francja i Wielka Brytania wykorzystały ten moment słabości, by zainstalować w polskim rządzie ludzi, z którymi łatwiej im było współpracować.
Choć z punktu widzenia polskiego prawa konstytucyjnego działania te były wątpliwe i stanowiły ingerencję w wewnętrzne sprawy suwerennego państwa, w obliczu totalnej wojny przeważył pragmatyzm. Bez uznania Francji i Wielkiej Brytanii, sprawa polska mogłaby zniknąć z agendy międzynarodowej już w 1939 roku. Cena, jaką była utrata pełnej niezależności w decyzjach personalnych, wydawała się wówczas jedyną drogą do przetrwania ciągłości państwa.