Gość (37.30.*.*)
Pytanie o to, czy „Ogniem i mieczem”, „Potop” i „Pan Wołodyjowski” wciąż powinny zajmować honorowe miejsce na naszych półkach, powraca regularnie przy okazji każdej reformy szkolnictwa lub premiery nowej adaptacji filmowej. W dobie Netfliksa, szybkich treści i globalizacji, epopeja Henryka Sienkiewicza może wydawać się niektórym reliktem przeszłości. Jednak gdy przyjrzymy się jej bliżej, okazuje się, że Trylogia to nie tylko lekcja historii (choć mocno podkoloryzowanej), ale przede wszystkim genialnie skonstruowana literatura przygodowa, która położyła fundamenty pod współczesną polską popkulturę.
Zanim Marvel stworzył swoje filmowe uniwersum, a George R.R. Martin napisał „Grę o Tron”, Polacy mieli Sienkiewicza. Trzeba zrozumieć, że autor pisał swoje dzieła w odcinkach, publikowanych w prasie, co wymuszało na nim stosowanie tzw. cliffhangerów – kończenia rozdziału w momencie największego napięcia. To sprawia, że Trylogię czyta się jak najlepszy serial sensacyjny.
Akcja goni akcję, pojedynki są opisane z filmowym rozmachem, a romanse budzą emocje nawet u najbardziej zatwardziałych cyników. Sienkiewicz nie pisał nudnych traktatów; on tworzył rozrywkę na najwyższym poziomie, która miała porywać tłumy. W dzisiejszych czasach, gdy szukamy w literaturze ucieczki od rzeczywistości (escapismu), Trylogia oferuje nam epicki świat, w którym zasady są jasne, a przygoda czai się za każdym rogiem.
Jednym z najsilniejszych argumentów za tym, że Trylogia wciąż ma rację bytu, są jej bohaterowie. Sienkiewicz stworzył galerię postaci opartych na uniwersalnych archetypach, które spotykamy we współczesnym kinie i literaturze:
Ci bohaterowie są „krwiści”. Mają wady, popełniają błędy, kochają na zabój i nienawidzą do grobowej deski. Właśnie ta emocjonalna głębia sprawia, że mimo archaicznego języka, wciąż potrafimy się z nimi utożsamić.
Sienkiewicz pisał Trylogię w czasach zaborów, by przypomnieć Polakom o ich dawnej potędze i dać nadzieję na odzyskanie niepodległości. Dzisiaj żyjemy w wolnym kraju, więc funkcja polityczna tych książek wygasła. Czy to oznacza, że straciły wartość?
Niekoniecznie. Dzisiaj „pokrzepienie serc” możemy rozumieć jako budowanie poczucia wspólnoty i tożsamości kulturowej. Trylogia to kopalnia cytatów, anegdot i kodów kulturowych, które przeniknęły do języka codziennego. Kto z nas nie słyszał o „kończeniu waści, wstydu oszczędzeniu” (choć często błędnie interpretujemy ten cytat) czy o „potopie szwedzkim”? Znajomość tych dzieł pozwala lepiej rozumieć polską mentalność, nasze lęki i aspiracje.
Choć wielu uważa, że Sienkiewicz otrzymał Nagrodę Nobla za Trylogię, w rzeczywistości komitet noblowski wyróżnił go w 1905 roku „za wybitne zasługi jako pisarza epickiego”. Choć „Quo Vadis” przyniosło mu światową sławę, to właśnie Trylogia ugruntowała jego pozycję jako mistrza narracji w Polsce. Co ciekawe, Sienkiewicz był jednym z najlepiej zarabiających pisarzy swoich czasów – prawdziwym celebrytą przełomu wieków.
Oczywiście, czytając Trylogię dzisiaj, nie możemy przymykać oczu na kwestie, które budzą kontrowersje. Sposób przedstawienia Kozaków, Tatarów czy mniejszości narodowych jest jednostronny i często krzywdzący. Sienkiewicz pisał z perspektywy polskiego szlachcica, idealizując Rzeczpospolitą Obojga Narodów.
Współczesny czytelnik powinien podchodzić do tych opisów z krytycznym dystansem. Trylogia może być świetnym punktem wyjścia do dyskusji o tym, jak zmieniało się nasze postrzeganie historii i sąsiadów. Zamiast „anulować” Sienkiewicza, warto czytać go jako świadectwo epoki, analizując, co w jego wizji świata jest uniwersalne, a co jest jedynie produktem XIX-wiecznego nacjonalizmu.
Trylogia Henryka Sienkiewicza zdecydowanie ma rację bytu, ale pod jednym warunkiem: że nie będziemy jej traktować jak nudnego podręcznika historii, lecz jak wielką, epicką przygodę. To literatura, która uczy wrażliwości na słowo, rozwija wyobraźnię i pozwala poczuć ducha dawnych wieków.
Jeśli przymkniemy oko na pewne archaizmy i ideologiczne naleciałości, odkryjemy opowieść o honorze, przyjaźni i wielkiej miłości, która broni się nawet w trzeciej dekadzie XXI wieku. To polskie „Gwiezdne Wojny” w kontuszach – i właśnie tak warto je dzisiaj czytać.