Gość (37.30.*.*)
Lobotomia przezoczodołowa (transorbitalna) to jeden z najmroczniejszych i najbardziej kontrowersyjnych rozdziałów w historii medycyny. Choć dziś kojarzy się z filmami grozy, w latach 40. i 50. XX wieku była reklamowana jako cudowny lek na schizofrenię, depresję czy stany lękowe. Procedura ta, spopularyzowana przez amerykańskiego neurologa Waltera Freemana, polegała na dotarciu do mózgu przez oczodół za pomocą narzędzia przypominającego szpikulec do lodu.
Jak trudne byłoby przeprowadzenie takiego zabiegu poza szpitalem, czy da się go ukryć, jakie niesie konsekwencje i jak oceniają go współcześni etycy?
Rozpatrując trudność wykonania lobotomii przezoczodołowej poza warunkami szpitalnymi, trzeba wyraźnie rozdzielić dwie kwestie: dostępność narzędzi oraz poziom wymaganej wiedzy anatomicznej.
Pod kątem technicznym lobotomia przezoczodołowa wymaga minimalnego zaplecza chirurgicznego. Jej twórca, Walter Freeman, pierwsze zabiegi wykonywał za pomocą zwykłego, kuchennego szpikulca do lodu i młotka. Dopiero później opracowano dedykowane narzędzie – orbitoklast – który był po prostu wyskalowanym, metalowym szpikulcem.
Do przeprowadzenia zabiegu poza szpitalem nie potrzeba:
Z tego powodu narzędziowo zabieg ten jest banalnie prosty do zrealizowania w dowolnym miejscu – sam Freeman wykonywał go masowo w swoim kamperze, złośliwie nazywanym „Lobotomobilem”.
O ile narzędzia można znaleźć w każdym sklepie budowlanym lub kuchni, o tyle wykonanie tego zabiegu w taki sposób, by pacjent go przeżył, wymaga ogromnej wiedzy anatomicznej i niezwykłego wyczucia. Zabieg polega na:
Poza szpitalem, bez podglądu radiologicznego czy neuronawigacji, neurochirurg (lub osoba wykonująca zabieg) działa całkowicie „na ślepo”. Margines błędu wynosi tu milimetry:
Podsumowując: przeprowadzenie lobotomii przezoczodołowej poza szpitalem jest pod kątem sprzętowym niezwykle łatwe, jednak pod kątem przeżywalności pacjenta – bez wybitnej wiedzy anatomicznej i ogromnego szczęścia – graniczy z niemożliwością.
Wykrywalność takiego zabiegu zależy od tego, jak dużo czasu minęło od jego przeprowadzenia.
Wykrycie lobotomii bezpośrednio po jej wykonaniu jest banalnie proste. Pacjent po zabiegu niemal natychmiast rozwija potężne krwiaki wokół obu oczu (tzw. „oczy pandy” lub „oczy szopa”) oraz silny obrzęk powiek. Może również dochodzić do wycieku płynu mózgowo-rdzeniowego przez nos lub oczodół, a sam pacjent wykazuje głębokie zaburzenia świadomości i orientacji.
W przeciwieństwie do klasycznej lobotomii przedczołowej (która wymagała wiercenia otworów w czaszce i pozostawiała wyraźne blizny na owłosionej skórze głowy), wersja przezoczodołowa nie pozostawiała niemal żadnych widocznych blizn na twarzy. Narzędzie wsuwano pod powiekę, więc po zagojeniu się zasinień postronny obserwator mógł nie zauważyć żadnych zewnętrznych śladów fizycznych na ciele ofiary. Kość oczodołu po przebiciu z czasem częściowo zarastała tkanką włóknistą lub kostną.
Współcześnie ukrycie faktu przeprowadzenia lobotomii przed lekarzami jest całkowicie niemożliwe. Każde rutynowe badanie neuroobrazowe ujawni prawdę:
Kora przedczołowa odpowiada za to, co czyni nas ludźmi: osobowość, planowanie, przewidywanie konsekwencji, wyższe uczucia, empatię oraz wolę działania. Przerwanie jej połączeń z resztą mózgu drastycznie i bezpowrotnie zmienia człowieka.
Do najczęstszych praktycznych skutków lobotomii należą:
W skrajnych przypadkach pacjenci kończyli w stanie wegetatywnym lub umierali na stole operacyjnym (śmiertelność szacowano na kilka do kilkunastu procent, w zależności od serii zabiegów).
Nie, skutki lobotomii przezoczodołowej są w 100% nieodwracalne.
Włókna nerwowe (aksony) tworzące drogi istoty białej w ośrodkowym układzie nerwowym człowieka nie mają zdolności do regeneracji po ich fizycznym przecięciu. Gdy orbitoklast niszczył połączenia między korą przedczołową a wzgórzem, tkanka ta obumierała, a w jej miejscu tworzyła się blizna glejowa. Współczesna medycyna nie dysponuje żadną technologią – ani farmakologiczną, ani neurochirurgiczną, ani opartą na komórkach macierzystych – która byłaby w stanie odbudować tak złożone i precyzyjne połączenia neuronów w mózgu. Uszkodzenie to pozostaje z pacjentem do końca życia.
Współczesna etyka medyczna i bioetyka traktują lobotomię jako jedną z największych zbrodni i porażek w historii nauki, stawiając ją na równi z nieetycznymi eksperymentami medycznymi z czasów II wojny światowej.
Etycy wskazują na rażące złamanie czterech podstawowych zasad bioetyki (tzw. zasad Beauchampa i Childressa):
Ogromnym cieniem na historii nauki kładzie się również fakt, że w 1949 roku twórca klasycznej leukotomii, António Egas Moniz, otrzymał za swoje odkrycie Nagrodę Nobla w dziedzinie fizjologii lub medycyny. Współcześnie środowiska medyczne i rodziny ofiar wielokrotnie apelowały o pośmiertne odebranie tego wyróżnienia, co jednak nie jest możliwe ze względów formalnych.
Dla współczesnych lekarzy i etyków lobotomia pozostaje wieczną przestrogą przed tzw. „entuzjazmem terapeutycznym” – sytuacją, w której chęć znalezienia szybkiego rozwiązania trudnego problemu medycznego wygrywa z rzetelnością naukową, empatią i szacunkiem dla ludzkiej godności.