Gość (37.30.*.*)
Debata na temat ratowania małych klubów muzycznych, często określanych mianem „grassroots venues”, przybiera na sile w całej Europie i USA. Eksperci z branży muzycznej, socjologowie kultury oraz sami artyści coraz głośniej mówią o tym, że bez systemowego wsparcia dla najmniejszych scen, wielkie stadiony wkrótce mogą świecić pustkami. Pomysł, aby część dochodów z gigantycznych tras koncertowych największych gwiazd trafiała do małych piwnic i lokalnych barów, gdzie rodzą się talenty, budzi jednak tyle samo entuzjazmu, co kontrowersji.
Specjaliści zajmujący się rynkiem muzycznym podkreślają, że małe kluby pełnią funkcję inkubatorów. To tam artyści tacy jak Ed Sheeran, Adele czy polskie gwiazdy alternatywy stawiali pierwsze kroki, ucząc się kontaktu z publicznością i szlifując swój warsztat. Eksperci z organizacji takich jak brytyjski Music Venue Trust (MVT) argumentują, że sektor ten znajduje się obecnie w stanie kryzysu. Rosnące koszty energii, czynsze oraz inflacja sprawiają, że prowadzenie małego miejsca dla 100-200 osób staje się ekonomicznie nieopłacalne.
Z punktu widzenia ekosystemu muzycznego, upadek małych klubów to przerwanie łańcucha pokarmowego. Jeśli młody zespół nie ma gdzie zagrać swojego pierwszego koncertu, nigdy nie rozwinie się do poziomu gwiazdy festiwalowej. Dlatego eksperci uważają, że wsparcie tych miejsc nie jest działalnością charytatywną, ale inwestycją w przyszłość całego przemysłu rozrywkowego.
Głównym rozwiązaniem proponowanym przez ekspertów jest tzw. „ticket levy”, czyli dobrowolna lub obowiązkowa opłata doliczana do biletów na największe wydarzenia muzyczne (np. koncerty na stadionach narodowych czy wielkie festiwale). Kwota rzędu 1 funta, 1 euro czy 5 złotych od każdego sprzedanego biletu na koncert megagwiazdy miałaby trafiać do specjalnego funduszu wspierającego infrastrukturę małych scen.
Eksperci wskazują na kilka kluczowych aspektów tego rozwiązania:
Nie wszyscy eksperci są jednakowo entuzjastyczni. Część analityków rynku zwraca uwagę na ryzyko „przerzucania kosztów”. Promotorzy dużych wydarzeń obawiają się, że każda dodatkowa opłata, nawet ta szczytna, ostatecznie obciąża portfel fana, który i tak zmaga się z wysokimi cenami biletów.
Istnieje również obawa o transparentność. Specjaliści od zarządzania funduszami podkreślają, że kluczowe jest jasne określenie, kto kwalifikuje się jako „mały klub”. Czy wsparcie powinno trafiać tylko do miejsc promujących autorską muzykę, czy także do lokali komercyjnych? Bez precyzyjnych kryteriów pieniądze mogą zostać rozproszone bez realnego wpływu na kondycję sceny muzycznej.
Warto wiedzieć, że we Francji podobny system funkcjonuje z powodzeniem od lat. Istnieje tam podatek od sprzedaży biletów na koncerty (tzw. CNM levy), który zasila Narodowe Centrum Muzyki. Pieniądze te są następnie redystrybuowane w formie grantów na wsparcie nowych talentów, eksport muzyki za granicę oraz modernizację małych sal koncertowych. To dowód dla ekspertów, że systemowe rozwiązanie oparte na solidarności dużych z małymi może realnie działać.
Coraz więcej światowych gwiazd, jak np. zespół Coldplay czy Enter Shikari, otwarcie popiera ideę wspierania małych klubów. Niektórzy artyści decydują się na przekazywanie części dochodów ze swoich tras na rzecz lokalnych scen. Eksperci przewidują, że w najbliższych latach nacisk społeczny na gigantów branży (takich jak Live Nation czy Ticketmaster) będzie rósł.
Podsumowując opinie specjalistów, przeważa pogląd, że dobrowolne wsparcie małych klubów kosztem dużych wydarzeń to konieczność, jeśli chcemy zachować różnorodność kulturową. Choć logistyka i sprawiedliwy podział środków pozostają wyzwaniem, branża zaczyna rozumieć, że bez fundamentów w postaci małych scen, cała nadbudowa wielkiego show-biznesu może się z czasem zawalić.