Gość (37.30.*.*)
Wyobraź sobie salę obrad parlamentu. Na samym przodzie, w blasku fleszy i przy głównych mikrofonach, siedzą najważniejsi ministrowie, premier oraz liderzy opozycji. Ale tuż za ich plecami rozciągają się rzędy siedzeń zajmowane przez dziesiątki, a czasem setki osób, o których rzadziej słyszymy w wieczornych wiadomościach. To właśnie są tylne ławy, a zasiadający w nich politycy to tzw. backbencherzy. Choć ich nazwa sugeruje drugoplanową rolę, w rzeczywistości to oni stanowią fundament każdego demokratycznego rządu.
Termin „tylne ławy” (ang. backbenches) wywodzi się z brytyjskiego systemu parlamentarnego Westminster, ale jest powszechnie używany w politologii na całym świecie, również w Polsce. Odnosi się on do parlamentarzystów, którzy należą do partii rządzącej lub opozycyjnej, ale nie pełnią żadnych oficjalnych funkcji w rządzie ani w tzw. gabinecie cieni.
W praktyce oznacza to, że backbencher nie jest ministrem, wiceministrem ani rzecznikiem dyscyplinarnym partii. Jest „szeregowym” posłem lub posłanką. Ich głównym zadaniem jest praca w komisjach, reprezentowanie swoich wyborców oraz – co najważniejsze – głosowanie zgodnie z linią partii, aby utrzymać rząd przy władzy lub przeforsować kluczowe ustawy.
Nazewnictwo to ma charakter dosłowny i wynika z układu architektonicznego brytyjskiej Izby Gmin. Ławy w tej izbie są ustawione równolegle do siebie, naprzeciwko partii rządzącej i opozycji. Pierwsze rzędy (frontbenches) są zarezerwowane dla liderów i ministrów. Wszyscy pozostali członkowie parlamentu muszą zająć miejsca w rzędach dalszych, czyli właśnie na „tylnych ławach”.
Co ciekawe, w brytyjskim parlamencie odległość między ławami rządu a opozycji jest wyznaczona przez dwie czerwone linie na podłodze. Tradycja głosi, że są one oddalone od siebie o długość dwóch mieczy, co miało zapobiegać fizycznym starciom między politykami podczas burzliwych debat.
Może się wydawać, że bycie backbencherem to polityczna „poczekalnia”, ale to błędne założenie. Tylne ławy pełnią kilka kluczowych funkcji, bez których system parlamentarny by się zawalił:
Najciekawszy moment w życiu parlamentarnym następuje wtedy, gdy tylne ławy przestają być potulne. W historii polityki wielokrotnie dochodziło do tzw. „buntów backbencherów”. Jeśli duża grupa szeregowych posłów uzna, że rząd idzie w złym kierunku, mogą oni zagrozić głosowaniem przeciwko własnej partii. Dla premiera to najgorszy scenariusz – utrata poparcia własnego zaplecza zazwyczaj oznacza koniec rządów lub konieczność dymisji.
Choć w polskim Sejmie układ foteli jest amfiteatralny (półkolisty), a nie równoległy jak w Londynie, pojęcie „szeregowych posłów” idealnie oddaje ideę tylnych ław. W Polsce najważniejsze osoby w państwie zajmują miejsca w pierwszych rzędach, najbliżej mównicy i laski marszałkowskiej. Im dalej od centrum wydarzeń siedzi poseł, tym mniejszy ma zazwyczaj wpływ na bezpośrednie decyzje kierownictwa partii, ale tym większą ma swobodę w pracy merytorycznej w komisjach sejmowych.
Warto wiedzieć, że praca w komisjach to miejsce, gdzie „tylne ławy” wykonują najcięższą robotę. To tam analizuje się każde słowo w nowym prawie, poprawia błędy i konsultuje projekty z ekspertami. Choć rzadko widać to w telewizji, to właśnie tam powstaje realny kształt przepisów, które nas dotyczą.
Zdecydowanie tak! Większość wielkich liderów zaczynała właśnie tam. Margaret Thatcher, Tony Blair czy polscy premierzy ostatnich dekad – prawie każdy z nich spędził przynajmniej jedną kadencję jako „szeregowy poseł”, ucząc się mechanizmów władzy z dystansu kilku rzędów siedzeń. Czas spędzony na tylnych ławach pozwala zbudować sieć kontaktów i zaufanie wewnątrz partii, co jest niezbędne do późniejszego awansu na polityczny szczyt.