Gość (83.4.*.*)
Zjawisko kultury anulowania (ang. cancel culture) stało się nieodłącznym elementem mediów społecznościowych. Mechanizm jest zazwyczaj podobny: ktoś publikuje kontrowersyjną wypowiedź lub nagranie, a oburzeni internauci ruszają do „ataku”, którego celem często staje się życie zawodowe danej osoby. Masowe wysyłanie wiadomości do pracodawcy z żądaniem zwolnienia pracownika to działanie na granicy etyki i prawa. Choć w Internecie panuje przekonanie o bezkarności tłumu, polskie przepisy przewidują konkretne konsekwencje za tego typu zorganizowane akcje.
Granica między wyrażaniem własnej opinii a działaniem bezprawnym bywa cienka, ale w przypadku masowego nasyłania wiadomości na pracodawcę, często zostaje ona przekroczona. Kluczowym pojęciem jest tutaj stalking, czyli uporczywe nękanie (art. 190a Kodeksu karnego). Choć zazwyczaj kojarzy się on z jedną osobą śledzącą ofiarę, w orzecznictwie coraz częściej pojawia się interpretacja, że zorganizowana grupa osób, działająca w porozumieniu, może wyczerpywać znamiona tego przestępstwa. Jeśli działanie internautów istotnie narusza prywatność danej osoby lub wzbudza w niej uzasadnione poczucie zagrożenia, mogą oni ponieść odpowiedzialność karną.
Warto wiedzieć, że stalking jest przestępstwem ściganym na wniosek pokrzywdzonego. Oznacza to, że osoba „anulowana” musi sama zgłosić sprawę na policję lub do prokuratury, aby machina sprawiedliwości ruszyła.
Najczęstszym narzędziem w rękach internetowych aktywistów jest zniesławienie (art. 212 Kodeksu karnego). Jeśli wiadomości wysyłane do pracodawcy zawierają nieprawdziwe informacje lub są sformułowane w sposób, który ma na celu poniżenie pracownika w oczach opinii publicznej lub narażenie go na utratę zaufania potrzebnego do wykonywania zawodu, autorzy takich wiadomości ryzykują procesem karnym.
Poza drogą karną istnieje również ścieżka cywilna. Zgodnie z Kodeksem cywilnym (art. 23 i 24), każdy z nas posiada dobra osobiste, do których zalicza się m.in. dobre imię, cześć oraz renomę zawodową. Osoba, która stała się celem masowej wysyłki maili, może domagać się od inicjatorów i uczestników akcji:
W kulturze anulowania rzadko mamy do czynienia z całkowicie spontanicznym zrywem. Zazwyczaj istnieje „inicjator” – osoba o dużych zasięgach, która wskazuje cel i zachęca innych do pisania do pracodawcy. Z punktu widzenia prawa, taka osoba może odpowiadać za podżeganie do popełnienia czynu zabronionego lub za pomocnictwo. Co więcej, jeśli akcja doprowadzi do zwolnienia pracownika, a okaże się, że zarzuty były bezpodstawne, inicjator może zostać pozwany o odszkodowanie za utracone zarobki ofiary.
W dobie cyfrowych śladów warto pamiętać o unijnym rozporządzeniu RODO i „prawie do bycia zapomnianym”. Jeśli akcja cancel culture opiera się na wyciąganiu spraw sprzed wielu lat, które nie mają związku z obecną pracą danej osoby, udostępnianie jej danych osobowych w kontekście żądań zwolnienia może być uznane za poważne naruszenie przepisów o ochronie danych.
Pracodawca, który otrzymuje setki maili z żądaniem zwolnienia pracownika, znajduje się w trudnej sytuacji. Musi jednak pamiętać, że uleganie presji tłumu bez wyraźnej podstawy prawnej jest ryzykowne. Jeśli pracownik zostanie zwolniony wyłącznie z powodu „szumu w mediach społecznościowych”, a jego praca merytoryczna nie budziła zastrzeżeń, może on skutecznie odwołać się do sądu pracy.
Sąd może uznać takie wypowiedzenie za nieuzasadnione i nakazać przywrócenie do pracy lub wypłatę odszkodowania. W polskim prawie pracy poglądy polityczne czy prywatne wypowiedzi pracownika (o ile nie naruszają one interesów firmy i nie są głoszone w imieniu pracodawcy) rzadko stanowią legalną przyczynę rozwiązania umowy o pracę.
Nie. Każdy obywatel ma prawo poinformować pracodawcę o zachowaniu pracownika, które jest obiektywnie naganne, sprzeczne z prawem lub etyką zawodową (np. lekarz szerzący dezinformację medyczną). Kluczem jest tutaj prawda i forma. Jeśli wiadomość jest rzetelną informacją o faktach, a nie elementem agresywnej nagonki mającej na celu zniszczenie komuś życia, mieści się ona w granicach wolności słowa. Problemem prawnym staje się dopiero zorganizowany hejt, manipulacja faktami i uporczywość działania.