Gość (83.4.*.*)
Wchodząc do klubu fitness, na basen czy do hali sportowej, niemal zawsze spotykamy się z tabliczką: „Za rzeczy pozostawione w szafkach dyrekcja nie odpowiada”. Dla wielu z nas brzmi to jak ostateczny wyrok – jeśli ktoś przetnie kłódkę i ukradnie nam portfel, jesteśmy stratni. Jednak z punktu widzenia polskiego prawa i ochrony konsumenta, sprawa wygląda zupełnie inaczej. Takie zapisy są regularnie trafiają na listę klauzul niedozwolonych prowadzoną przez Prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów (UOKiK). Dlaczego tak jest, skoro udowodnienie kradzieży faktycznie bywa trudne?
Zanim przejdziemy do kwestii dowodowych, musimy zrozumieć, czym jest klauzula niedozwolona (abuzywna). To taki zapis w umowie lub regulaminie, który nie został z nami indywidualnie wynegocjowany, a jednocześnie rażąco narusza nasze interesy i jest sprzeczny z dobrymi obyczajami.
W przypadku klubów sportowych, całkowite wyłączenie odpowiedzialności za kradzież uznaje się za próbę przerzucenia całego ryzyka prowadzenia działalności gospodarczej na klienta. Przedsiębiorca, udostępniając szafkę (często zamykaną na klucz lub szyfr), stwarza pozory bezpieczeństwa. Klient ma prawo oczekiwać, że skoro zostawia swoje rzeczy w miejscu do tego wyznaczonym, to są one chronione. Całkowite „umywanie rąk” przez klub jest uznawane za nadużycie pozycji silniejszej strony umowy.
Twoje pytanie dotyka sedna problemu: jak udowodnić kradzież czegoś, czego już nie ma? To prawda, że w procesie cywilnym ciężar dowodu spoczywa na osobie, która wywodzi z danego faktu skutki prawne (czyli na Tobie). Musisz wykazać, że przedmiot był w szafce, że szafka była zamknięta i że doszło do włamania.
Jednak prawo oddziela dwie kwestie:
Zapis w regulaminie wyłączający odpowiedzialność uderza w ten pierwszy punkt. Zamyka on drogę do jakichkolwiek roszczeń już na starcie, zanim w ogóle dojdzie do próby udowadniania czegokolwiek. Prawo nie pozwala przedsiębiorcy na odgórne stwierdzenie: „Nawet jeśli udowodnisz mi winę, ja i tak nie zapłacę”. To właśnie ta próba ucieczki przed odpowiedzialnością za nienależyte wykonanie usługi (zapewnienie bezpiecznego miejsca na przebranie się) sprawia, że zapis jest nielegalny.
Sądy i UOKiK stoją na stanowisku, że między klientem a klubem dochodzi do zawarcia dorozumianej umowy przechowania lub przynajmniej elementu takiej umowy w ramach karnetu. Skoro klub wymaga od nas zmiany obuwia i stroju, musi zapewnić miejsce, gdzie bezpiecznie zostawimy cywilne ubrania.
Gdyby regulaminy wyłączające odpowiedzialność były skuteczne, właściciele obiektów nie mieliby żadnej motywacji, by dbać o monitoring, lepsze zamki czy ochronę. Mogliby montować szafki z papieru, a w razie kradzieży po prostu wskazać na tabliczkę. Prawo konsumenckie ma temu zapobiegać.
Wiele osób uważa, że monitoring w szatni rozwiązałby problem dowodowy. Niestety, ze względu na prawo do prywatności i ochronę dóbr osobistych, instalowanie kamer bezpośrednio w strefie przebieralni jest w Polsce zabronione. Kamery mogą znajdować się jedynie przed wejściem do szatni lub przy korytarzu z szafkami (jeśli nie narusza to intymności). To sprawia, że nagranie z monitoringu często pokazuje jedynie, kto wchodził i wychodził, a nie sam moment otwierania szafki.
Mimo że wydaje się to niemożliwe, istnieją sposoby na wykazanie szkody:
Jeśli padłeś ofiarą kradzieży, a klub zasłania się regulaminem, pamiętaj o kilku krokach:
Warto wiedzieć, że większość nowoczesnych klubów posiada ubezpieczenie odpowiedzialności cywilnej (OC). Często opór przed wypłatą odszkodowania wynika nie z braku środków, ale z obawy przed „lawiną” podobnych zgłoszeń. Jednak prawo stoi po stronie klienta – szafka ma chronić, a nie być tylko dekoracją.