Gość (83.4.*.*)
Wielu z nas, oglądając kolejną scenę, w której główny bohater biegnie przez lotnisko, by wyznać miłość tuż przed odlotem samolotu, puka się w czoło. „To przecież zupełnie nierealne!” – myślimy. Czy to jednak oznacza, że aby komedia romantyczna była wiarygodna, musi pokazywać dwugodzinne wspólne płacenie rachunków, kłótnie o niewyniesione śmieci i milczenie przy obiedzie? Absolutnie nie. Wiarygodność w kinie, a zwłaszcza w gatunku, jakim jest rom-com, rządzi się zupełnie innymi prawami niż szara codzienność.
Kiedy mówimy o „wiarygodności” w filmie, często mylimy ją z dosłownym realizmem. Tymczasem najlepsze komedie romantyczne w historii kina wcale nie opierają się na pokazywaniu życia jeden do jednego. Ich siła tkwi w tak zwanej wiarygodności emocjonalnej.
Co to oznacza w praktyce? Bohaterowie mogą spotkać się w najbardziej absurdalnych okolicznościach (jak w „Notting Hill”, gdzie zwykły właściciel księgarni zakochuje się w hollywoodzkiej gwieździe), ale ich emocje – strach przed odrzuceniem, nieśmiałość, ekscytacja czy ból po rozstaniu – muszą być prawdziwe. Widz musi rozpoznać w tych postaciach własne lęki i pragnienia. Jeśli chemia między aktorami działa, a ich motywacje są psychologicznie spójne, kupimy nawet najbardziej nieprawdopodobny zbieg okoliczności.
Kino z założenia jest sztuką skrótu i eskalacji. Gdybyśmy chcieli przenieść prawdziwe życie na ekran w skali jeden do jednego, otrzymalibyśmy nudny, rozwleczony dokument. Prawdziwe związki budują się latami, pełne są powtarzalnych rytuałów i mało widowiskowych momentów.
Komedia romantyczna potrzebuje dynamiki. Musi skondensować proces zakochiwania się, kryzysu i pojednania do około 90-120 minut. Aby to osiągnąć, twórcy używają określonych narzędzi:
Dzięki temu film zachowuje odpowiednią strukturę, bawi i wzrusza, nie tracąc przy tym kontaktu z sercem widza.
Oczywiście istnieje granica, po której przekroczeniu film staje się po prostu głupi i irytujący. Kiedy scenariusz opiera się na absurdalnych nieporozumieniach, których dałoby się uniknąć jedną, krótką rozmową telefoniczną, widz zaczyna odczuwać frustrację. To nie brak realizmu nas wtedy boli, ale brak logicznego zachowania bohaterów i lenistwo scenarzystów.
Najlepsze rom-comy potrafią idealnie zbalansować magię kina z życiową prawdą. Świetnym przykładem jest kultowy film „Kiedy Harry poznał Sally”. Choć fabuła rozciąga się na wiele lat i obfituje w zabawne zbiegi okoliczności, to dyskusje bohaterów o relacjach damsko-męskich, ich neurozy i lęki są tak boleśnie prawdziwe, że do dziś rezonują z widzami na całym świecie.
Warto wiedzieć, że wiele z tych „nierealistycznych” momentów, które tak dobrze znamy z ekranu, ma swoje źródło w rzeczywistości, choć zostały odpowiednio podkręcone na potrzeby filmu.
Nora Ephron, autorka scenariusza do „Kiedy Harry poznał Sally”, napisała słynną scenę w restauracji (tę z udawanym orgazmem) po szczerej rozmowie ze swoimi przyjaciółkami o tym, jak kobiety potrafią maskować swoje emocje. Meg Ryan zaproponowała, by odegrać to bezpośrednio przy stoliku, a Billy Crystal dodał kultową puentę: „Poproszę to samo, co ta pani”. Scena, choć przerysowana i komediowa, dotykała realnego tematu tabu.
Bieganie przez lotnisko to jeden z najbardziej wyeksploatowanych motywów w historii kina (widzieliśmy to m.in. w „To właśnie miłość”). W rzeczywistości przedostanie się przez bramki bezpieczeństwa bez karty pokładowej jest niemożliwe. Mimo to filmowcy wciąż chętnie sięgają po ten motyw, ponieważ doskonale symbolizuje on ostateczną, desperacką walkę o miłość, w której czas nieubłaganie ucieka.
Szukanie stuprocentowego realizmu w komediach romantycznych jest jak pójście do opery i narzekanie, że ludzie w prawdziwym życiu nie śpiewają podczas rozmowy. Ten gatunek ma swoją własną konwencję, która pozwala nam na chwilę uciec od rzeczywistości, pośmiać się i uwierzyć, że na każdego czeka szczęśliwe zakończenie.
Wiarygodność nie tkwi w tym, czy bohaterowie płacą podatki i stoją w korkach. Tkwi w tym, czy wierzymy w ich miłość, kiedy w końcu patrzą sobie w oczy. I to właśnie ta odrobina magii sprawia, że wciąż wracamy do tych samych, przewidywalnych, ale jakże uroczych historii.