Gość (37.30.*.*)
Gdyby ktoś w latach 90. powiedział twórcom filmu „Kevin sam w domu”, że ich niskobudżetowa komedia familijna stanie się w Polsce ważniejszym elementem świąt niż karp czy dodatkowe nakrycie na stole, prawdopodobnie uznaliby to za żart. A jednak – bez Kevina nie ma świąt. Ten fenomen jest tak silny, że kiedy w 2010 roku telewizja Polsat próbowała nie umieścić go w wigilijnej ramówce, ponad 46 tysięcy oburzonych internautów podpisało petycję protestacyjną, zmuszając stację do zmiany decyzji.
Ten niezwykły fenomen kulturowy nie umknął uwadze naukowców. Socjologowie, psychologowie mediów, a nawet lekarze medycyny ratunkowej postanowili rozłożyć przygody ośmiolatka na czynniki pierwsze. Do jakich wniosków doszli?
Z punktu widzenia psychologii mediów, coroczne oglądanie tego samego filmu to nie lenistwo, ale genialny mechanizm samoregulacji emocjonalnej. Badacze tacy jak dr Pamela Rutledge, dyrektorka Media Psychology Research Center, wskazują na zjawisko zwane „comfort watch” (komfortowe oglądanie).
Święta Bożego Narodzenia, choć radosne, dla wielu z nas są okresem podwyższonego stresu, pośpiechu i napięć rodzinnych. Nasz mózg w takich momentach desperacko potrzebuje poczucia bezpieczeństwa i przewidywalności. Oglądając „Kevina samego w domu”, doskonale wiemy, jak skończy się każda scena. Wiemy, że żelazko spadnie na twarz Marva, a Kevin ostatecznie wpadnie w ramiona mamy. Ta absolutna przewidywalność obniża poziom kortyzolu (hormonu stresu) i wyzwala dopaminę.
Dodatkowo seans działa jak wehikuł czasu. Psychologowie podkreślają rolę nostalgii – oglądanie filmu, który znamy z dzieciństwa, aktywuje wspomnienia z czasów, gdy świat wydawał się prostszy, a my sami nie musieliśmy martwić się przygotowaniami do świąt.
W Polsce fenomen ten ma jednak znacznie głębsze, socjologiczne dno, które szczegółowo analizował m.in. badawca popkultury Wojciech Orliński. Dlaczego akurat u nas ten film stał się niemal narodową tradycją?
Wszystko sprowadza się do momentu, w którym film trafił na nasze ekrany – były to wczesne lata 90., tuż po upadku komunizmu. Dla Polaków, którzy dopiero co wyszli z szarej rzeczywistości PRL-u, dom McCallisterów był ucieleśnieniem „amerykańskiego snu”. Ogromna, pięknie udekorowana willa, automatyczne zabawki, pełna lodówka, luksusowe gadżety i cała rodzina lecąca na święta do Paryża – to był świat, o którym marzyliśmy.
Oglądanie „Kevina” stało się rytuałem przejścia i symbolem aspiracji do zachodniego dobrobytu. Z czasem, jak zauważa Orliński, film ten po prostu stopił się z naszą tożsamością narodową jako element „świeckiej tradycji”, łączący pokolenia przy wspólnym stole.
Jeśli spojrzymy na postać Kevina przez pryzmat psychologii dziecięcej, film staje się fascynującym studium przypadku.
Psychologowie rozwoju (np. analizujący film na łamach portali takich jak Psi Chi) zauważają, że Kevin McCallister (w wieku 8 lat) znajduje się w tak zwanym stadium operacji konkretnych według teorii Jeana Piageta. To faza, w której dzieci zaczynają myśleć logicznie, planować sekwencyjnie i rozwiązywać problemy w sposób ustrukturyzowany, odchodząc od czysto intuicyjnego działania. Genialne, skomplikowane pułapki Kevina są przerysowanym, ale trafnym obrazem tego skoku rozwojowego. Chłopiec uczy się zaradności, samodzielności i brania odpowiedzialności za swoje otoczenie.
Współcześni terapeuci rodzinni i psychologowie zwracają jednak uwagę na znacznie mroczniejszy aspekt filmu. Z perspektywy systemowej rodzina McCallisterów jest głęboko dysfunkcyjna. Kevin doświadcza tam przemocy emocjonalnej ze strony rodzeństwa i wujostwa, a rodzice wykazują chroniczny brak dostrojenia emocjonalnego.
Chłopiec jest traktowany jak kozioł ofiarny (ang. scapegoat). Jego życzenie, by rodzina zniknęła, to klasyczny mechanizm obronny dziecka, które czuje się odrzucone i niewidzialne. Kiedy zostaje sam, dochodzi do tzw. parentyfikacji – ośmiolatek musi wejść w rolę dorosłego, robiąc zakupy, piorąc i fizycznie broniąc domu przed realnym zagrożeniem. Choć film przedstawia to w zabawny sposób, z psychologicznego punktu widzenia Kevin przechodzi przez potężną traumę.
Na koniec warto wspomnieć o badaniach o charakterze interdyscyplinarnym. Choć fizyka i medycyna rzadko zajmują się filmami familijnymi, lekarze medycyny ratunkowej oraz specjaliści intensywnej terapii wielokrotnie analizowali obrażenia, jakich doznali Harry i Marv.
Wnioski medyczne są bezlitosne: w realnym świecie „Mokrzy Bandyci” nie mieliby żadnych szans na przeżycie.
Lekarze podsumowują: Kevin nie tyle bronił domu, co – z medycznego punktu widzenia – nieświadomie stworzył prawdziwy teatr tortur, który dla każdego dorosłego człowieka skończyłby się na stole sekcyjnym.
Nauka potwierdza więc to, co podświadomie czujemy co roku przed telewizorami. „Kevin sam w domu” to nie tylko lekka komedia, ale genialnie skonstruowany koktajl psychologiczny. Zaspokaja naszą potrzebę bezpieczeństwa, karmi nostalgię, pozwala odreagować świąteczny stres, a dla nas, Polaków, jest bezcenną pamiątką po czasach, gdy z nadzieją patrzyliśmy w stronę kolorowego, zachodniego świata.