Gość (37.30.*.*)
Język, którym posługujemy się na co dzień, jest pełen barw, metafor i przede wszystkim – emocji. Kiedy mówimy o zachowaniu, które nam się nie podoba, używamy słów takich jak „obrzydliwe”, „podłe” czy „nikczemne”. Z kolei czyny, które podziwiamy, określamy mianem „bohaterskich” czy „szlachetnych”. Mogłoby się wydawać, że skoro prawo ma stać na straży moralności i sprawiedliwości, to w ustawach powinny pojawiać się właśnie takie, mocne i jednoznaczne moralnie określenia.
Jednak zdaniem prawników, konstytucjonalistów oraz ekspertów od teorii prawa, zawieranie w przepisach (a zwłaszcza w definicjach legalnych) sformułowań nacechowanych emocjonalnie – niezależnie od tego, czy są one pozytywne, negatywne, czy potępiające – jest całkowicie niedopuszczalne. Dlaczego tak jest i dlaczego ten „suchy”, pozbawiony uczuć język ustaw jest w rzeczywistości tarczą chroniącą nasze prawa?
Głównym powodem, dla którego prawnicy sprzeciwiają się emocjom w tekstach ustaw, jest fundamentalna zasada, na której opiera się całe demokratyczne państwo prawne: zasada określoności prawa (wynikająca w Polsce m.in. z art. 2 Konstytucji RP).
Aby prawo mogło być sprawiedliwe, musi być przewidywalne. Obywatel musi dokładnie wiedzieć, jakie zachowanie jest zabronione, a jakie dozwolone, i jakie konsekwencje grożą mu za złamanie przepisów. Emocje są z natury skrajnie subiektywne. To, co dla jednego ustawodawcy lub sędziego jest „podłe”, dla innego może być jedynie „niewłaściwe” lub wręcz neutralne. Wprowadzenie emocjonalnych definicji do ustaw zniszczyłoby precyzję przepisów i otworzyło furtkę do całkowitej samowoli interpretacyjnej.
W polskim porządku prawnym kwestię tę reguluje oficjalny dokument – rozporządzenie Prezesa Rady Ministrów w sprawie „Zasad techniki prawodawczej” (ZTP). Choć ZTP nie zabraniają wprost używania słów „emocjonalnych” jednym konkretnym zdaniem, to zawierają przepisy, które całkowicie wykluczają taką możliwość:
W tym miejscu warto wyjaśnić bardzo ważną kwestię, którą często poruszają teoretycy prawa. Prawnicy odróżniają bowiem zwroty ocenne (które w prawie są dopuszczalne, a nawet konieczne) od zwrotów nacechowanych emocjonalnie (które są błędem legislacyjnym).
Prawo nie może być całkowicie oderwane od wartości, dlatego ustawodawca celowo używa pojęć, które wymagają dokonania oceny przez sąd. Przykłady to:
Choć pojęcia te nie są matematycznie precyzyjne, ich interpretacja nie opiera się na chwilowym kaprysie czy emocjach sędziego. Sąd, oceniając np. czy doszło do „rażącego niedbalstwa”, musi odwołać się do obiektywnych, wypracowanych przez lata orzecznictwa kryteriów (tzw. ocen intersubiektywnych). Jest to proces racjonalny, a nie emocjonalny.
To słowa, których głównym celem nie jest opisanie rzeczywistości ani odesłanie do powszechnie przyjętych norm społecznych, lecz wyrażenie stanu emocjonalnego nadawcy (w tym przypadku – posłów tworzących prawo). Słowa takie jak „obrzydliwy postępek”, „wspaniały czyn” czy „bezduszne zachowanie” niosą ze sobą ładunek ekspresywny, który uniemożliwia przeprowadzenie obiektywnego testu prawnego.
Gdyby w ustawie znalazła się definicja: „Kradzież szczególnie bezczelna to kradzież dokonana w sposób budzący powszechne obrzydzenie”, sędzia zamiast badać fakty, musiałby analizować poziom emocji w społeczeństwie lub własne poczucie estetyki i wstrętu.
Niechęć prawników do emocjonalnego języka w ustawach ma również bardzo mocne uzasadnienie historyczne. Narzędzie to było bowiem niezwykle chętnie wykorzystywane przez reżimy autorytarne i totalitarne.
W prawie III Rzeszy czy Związku Radzieckiego definicje i przepisy były celowo nasycane terminami ideologicznymi i emocjonalnymi (np. „zdrowy rozsądek narodu niemieckiego”, „pasożytnictwo społeczne”, „kontrrewolucyjna bezczelność”). Taki zabieg pozwalał władzy na skazywanie każdego, kto akurat nie podobał się partii rządzącej, pod pretekstem, że jego zachowanie wywołuje „negatywne emocje” lub „narusza rewolucyjną moralność”.
Współcześnie próby wprowadzania emocjonalnego języka do ustaw są przez prawników określane mianem populizmu penalnego lub instrumentalizacji prawa. Politycy czasami próbują pisać ustawy pod wpływem chwilowych emocji społecznych (np. po głośnych zbrodniach), chcąc w ten sposób zademonstrować swoje oburzenie. Prawnicy ostrzegają, że pisanie prawa „na gorąco” i pod dyktando emocji niemal zawsze skutkuje powstawaniem złych, niespójnych i niemożliwych do sprawiedliwego zastosowania przepisów.
Język prawa musi pozostać neutralny, rzeczowy i wolny od emocji. Choć dla laika może wydawać się on nudny, chłodny i niezrozumiały, to właśnie ta „suchość” gwarantuje, że przed sądem będziemy sądzeni na podstawie obiektywnych faktów i dowodów, a nie emocji sędziego, nastrojów społecznych czy poglądów polityków, którzy akurat uchwalili daną ustawę.