Gość (83.4.*.*)
Kwestia mowy nienawiści w Stanach Zjednoczonych to temat, który regularnie wywołuje burzliwe dyskusje po obu stronach Atlantyku. Dla Europejczyka, przyzwyczajonego do tego, że za pewne słowa można trafić przed sąd, amerykańskie podejście może wydawać się niezrozumiałe, a nawet groźne. Często pojawia się pytanie: czy to, że w USA można niemal bezkarnie głosić nienawistne poglądy, to efekt niedopatrzenia, czyli luki prawnej, czy może fatalnie skonstruowanych przepisów, czyli tzw. bubla? Odpowiedź jest zaskakująca: to ani jedno, ani drugie. To świadomy, fundamentowy wybór ustrojowy.
Aby zrozumieć, dlaczego w USA „mowa nienawiści” nie jest terminem prawnym, musimy cofnąć się do 1791 roku, kiedy ratyfikowano Pierwszą Poprawkę do Konstytucji Stanów Zjednoczonych. Brzmi ona krótko: „Kongres nie ustanowi żadnej ustawy [...] ograniczającej wolność słowa lub prasy”.
W przeciwieństwie do wielu europejskich konstytucji, które dają wolność słowa, a potem wymieniają długą listę wyjątków (np. ochrona dóbr osobistych, zakaz propagowania totalitaryzmu), amerykańska Konstytucja stawia wolność słowa na piedestale niemal absolutnym. Z perspektywy amerykańskiego Sądu Najwyższego, mowa nienawiści (hate speech) jest chroniona tak samo, jak każda inna opinia.
Luka prawna występuje wtedy, gdy ustawodawca o czymś zapomniał lub nie przewidział danej sytuacji. W przypadku USA nie ma mowy o przeoczeniu. Amerykański system prawny wielokrotnie i z pełną premedytacją potwierdzał, że nienawistne wypowiedzi są legalne.
Przełomowym momentem był wyrok w sprawie Matal v. Tam z 2017 roku. Sędzia Samuel Alito napisał wtedy wprost: „Idea, że rząd może ograniczać wypowiedzi, które są obraźliwe, uderza w samo serce Pierwszej Poprawki. Nienawistna mowa jest chroniona”. Amerykanie wychodzą z założenia, że to nie państwo ma decydować, co jest obraźliwe, bo dzisiejsza „mowa nienawiści” może stać się jutrzejszą „prawdą objawioną” lub narzędziem do uciszania opozycji.
Bubel prawny to ustawa napisana niechlujnie, która nie działa tak, jak powinna. Tymczasem amerykańskie prawo dotyczące wolności słowa działa dokładnie tak, jak zaplanowali to „Ojcowie Założyciele” i jak interpretują to kolejne składy Sądu Najwyższego.
W USA dominuje koncepcja „rynku idei” (marketplace of ideas). Zgodnie z nią, najlepszym lekarstwem na złe lub nienawistne słowa nie jest cenzura i więzienie, ale... jeszcze więcej słów. Amerykanie wierzą, że w otwartej debacie publicznej głupie i nienawistne poglądy zostaną ostatecznie zweryfikowane i odrzucone przez społeczeństwo, a nie zepchnięte do podziemia, gdzie mogłyby pęcznieć i radykalizować zwolenników.
Jednym z najbardziej kontrowersyjnych przykładów ochrony wolności słowa była sprawa z 1977 roku, kiedy grupa neonazistów chciała przemaszerować przez miasteczko Skokie, zamieszkane w dużej mierze przez osoby, które przeżyły Holokaust. Choć sprawa budziła ogromne emocje, sądy (w tym Sąd Najwyższy Illinois) uznały, że naziści mają prawo do demonstracji i używania swastyki, ponieważ sama obecność symboli nienawiści nie jest wystarczającym powodem do zakazania zgromadzenia.
Mimo że „mowa nienawiści” jako taka jest legalna, nie oznacza to, że w USA można mówić absolutnie wszystko bez żadnych konsekwencji. Istnieją bardzo konkretne granice, których przekroczenie kończy się interwencją policji:
W Polsce i większości krajów UE prawo opiera się na koncepcji „demokracji opancerzonej” (militant democracy). Zakładamy, że pewne idee (jak nazizm czy rasizm) są tak destrukcyjne, że państwo musi je dusić w zarodku, by chronić godność obywateli i porządek publiczny.
W USA podejście jest odwrotne: to jednostka jest chroniona przed państwem. Amerykanie panicznie boją się, że jeśli pozwolą rządowi zdefiniować, czym jest „nienawiść”, to każdy kolejny rząd będzie używał tej definicji do zwalczania swoich przeciwników politycznych.
Podsumowując, brak zakazu mowy nienawiści w USA nie jest błędem w systemie ani przeoczeniem prawników. To świadoma decyzja o postawieniu wolności słowa ponad komfortem psychicznym grup społecznych czy jednostek. Dla jednych to szczyt demokracji, dla innych niebezpieczny radykalizm – ale z pewnością nie jest to bubel prawny.