Jakie masz pytanie?

lub

Jakie były przyczyny i skutki zjawiska „RODO na niby”?

przyczyny stosowania RODO skutki błędnej interpretacji absurdy ochrony danych
avatar

Gość (83.4.*.*)



Odpowiedź:

Wprowadzenie unijnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych, znanego szerzej jako RODO, miało być rewolucją w prywatności cyfrowej i fizycznej. I faktycznie było, ale w Polsce przybrało ono również formę, którą eksperci i publicyści ochrzcili mianem „RODO na niby”. To zjawisko polegało na wdrażaniu procedur, które w teorii miały chronić dane, a w praktyce były jedynie pustą biurokracją, często ocierającą się o absurd. Zamiast realnego bezpieczeństwa, otrzymaliśmy „teatr bezpieczeństwa”, w którym najważniejszy był papier, a nie faktyczna ochrona człowieka.

Skąd wzięło się „RODO na niby”? Główne przyczyny

Zjawisko to nie wzięło się z próżni. Było wypadkową kilku czynników, które nałożyły się na siebie w momencie wejścia przepisów w życie w maju 2018 roku.

Strach przed astronomicznymi karami

To był prawdopodobnie najsilniejszy bodziec. Media huczały o karach sięgających 20 milionów euro lub 4% globalnego obrotu przedsiębiorstwa. Właściciele małych firm, dyrektorzy szkół czy przychodni wpadli w panikę. Uznali, że lepiej wprowadzić dziesięć niepotrzebnych zakazów, niż narazić się na choćby jeden cień podejrzenia o niedopełnienie obowiązków.

Brak rzetelnej wiedzy i edukacji

W początkowej fazie brakowało jasnych wytycznych ze strony organów nadzorczych, które byłyby dostosowane do realiów małego biznesu. Przepisy RODO są oparte na analizie ryzyka – nie mówią wprost „zrób to i to”, ale „zabezpiecz dane adekwatnie do zagrożeń”. Dla wielu osób taka elastyczność była paraliżująca. W efekcie kopiowano rozwiązania z wielkich korporacji do małych osiedlowych sklepików, co tworzyło komiczne sytuacje.

Wysyp „ekspertów” i gotowych szablonów

Rynek błyskawicznie wypełnił się doradcami, którzy oferowali gotowe pakiety dokumentacji za kilkaset złotych. Często były to osoby bez wykształcenia prawniczego, które po prostu sprzedawały segregatory pełne pism. Firmy kupowały te „papiery”, chowały je do szuflady i uznawały, że są chronione. To właśnie była kwintesencja „RODO na niby” – posiadanie dokumentacji, która w żaden sposób nie przekładała się na to, jak faktycznie traktowane są dane klientów.

Skutki, czyli festiwal absurdów w codziennym życiu

Skutki błędnego rozumienia przepisów odczuliśmy wszyscy. Niektóre z nich były uciążliwe, inne po prostu śmieszne, ale wszystkie łączyło jedno: nie miały nic wspólnego z realną ochroną prywatności.

Paraliż informacyjny i „RODO-fobia”

Wielu urzędników i pracowników infolinii zaczęło używać RODO jako uniwersalnej wymówki. „Nie mogę podać tej informacji przez RODO” stało się standardową odpowiedzią, nawet gdy chodziło o sprawy publiczne lub informacje, które w żaden sposób nie były danymi osobowymi. Doprowadziło to do utrudnienia kontaktu obywatela z instytucjami.

Słynne absurdy w przestrzeni publicznej

Pamiętacie wywoływanie pacjentów w przychodniach po numerkach lub kolorach, mimo że wszyscy i tak znali się z widzenia w poczekalni? Albo zaklejanie nazwisk na listach lokatorów w blokach, co utrudniało pracę kurierom i listonoszom? To właśnie skutki „RODO na niby”. Szkoły przestały wywieszać listy klas, a w niektórych miejscach próbowano nawet zakazać podpisywania prac plastycznych dzieci w przedszkolach.

Zmęczenie materiału i „akceptowanie wszystkiego”

Zalanie nas tysiącami okienek typu pop-up na stronach internetowych oraz konieczność podpisywania stosów oświadczeń przy każdej wizycie u fryzjera czy mechanika wywołało efekt odwrotny do zamierzonego. Zamiast czytać, na co się zgadzamy, zaczęliśmy masowo klikać „akceptuję”, byle tylko przejść dalej. Realna kontrola nad danymi stała się fikcją, bo nikt nie miał czasu analizować dziesiątek stron prawniczego żargonu.

Koszty ekonomiczne

Dla wielu małych i średnich przedsiębiorstw „RODO na niby” oznaczało realne koszty. Płacono za niepotrzebne audyty, drukowano tysiące stron zbędnej dokumentacji i tracono czas na procedury, które nie zwiększały bezpieczeństwa, a jedynie spowalniały pracę.

Czy coś się zmieniło?

Z biegiem lat sytuacja zaczęła się stabilizować. Urząd Ochrony Danych Osobowych (UODO) zaczął wydawać poradniki, które prostowały najczęstsze mity (np. o tym, że tabliczki na drzwiach gabinetów lekarskich są dozwolone). Przedsiębiorcy zrozumieli, że nie chodzi o posiadanie segregatora, ale o zdrowy rozsądek i zabezpieczenie systemów IT.

Warto jednak pamiętać o jednej ciekawostce: RODO wcale nie zakazuje podawania imienia i nazwiska w wielu sytuacjach życia codziennego. Prawo to ma chronić nas przed masowym handlem naszymi danymi i wyciekami do sieci, a nie przed tym, by sąsiad wiedział, jak się nazywamy. „RODO na niby” było lekcją tego, jak łatwo dobra idea może zostać wypaczona przez brak edukacji i strach przed nieznanym.

Podziel się z innymi: