Gość (194.4.*.*)
Ewakuacja Armii Andersa wraz z tysiącami cywilów z „nieludzkiej ziemi” Związku Radzieckiego do Iranu w 1942 roku to jeden z najbardziej dramatycznych rozdziałów polskiej historii. Choć operacja ta uratowała życie ponad 115 tysiącom osób, postawa brytyjskich sojuszników wobec cywilów budzi do dziś wiele pytań i kontrowersji. Dlaczego żołnierze byli witani z otwartymi ramionami, a ich rodziny traktowano jak kłopotliwy balast, który najlepiej wysłać na drugi koniec świata?
Odpowiedź na pytanie o różnice w traktowaniu polskich żołnierzy i cywilów jest brutalnie prosta i sprowadza się do wojennej pragmatyki. Brytyjczycy w 1942 roku znajdowali się w krytycznym momencie wojny. Potrzebowali „siły żywej” do walki na Bliskim Wschodzie i w nadchodzących kampaniach w Europie. Polski żołnierz był dla Londynu cennym aktywem – przeszkolonym, zmotywowanym i gotowym do walki.
Z cywilami sprawa wyglądała zupełnie inaczej. W oczach brytyjskiej administracji kolonialnej i rządu w Londynie, tysiące kobiet, dzieci i starców stanowiły „obciążenie logistyczne”. Argument o ryzyku rozprzestrzeniania chorób, takich jak tyfus, czerwonka czy malaria, nie był całkowicie wyssany z palca – uchodźcy przybywający z ZSRR byli skrajnie wycieńczeni i schorowani. Jednak w przypadku żołnierzy te same ryzyka zdrowotne niwelowano poprzez kwarantanny i opiekę medyczną, bo ich wartość bojowa przeważała nad kosztami. W przypadku cywilów, strach przed epidemiami służył jako wygodny argument dyplomatyczny, by ograniczyć ich liczbę na terenach kontrolowanych bezpośrednio przez Brytyjczyków.
Decyzja o wysyłaniu Polaków do tak odległych miejsc jak Meksyk (osiedle Santa Rosa), Nowa Zelandia (Pahiatua), Indie czy brytyjskie kolonie w Afryce Wschodniej (np. Tengeru), wydaje się nielogiczna, gdy weźmiemy pod uwagę zagrożenie ze strony U-Bootów na oceanach. Istniało jednak kilka kluczowych powodów takiej strategii:
Co ciekawe, mimo ogromnego ryzyka podróży morskiej, transporty te zazwyczaj docierały do celu. Polskie dzieci w Nowej Zelandii czy Meksyku znalazły bezpieczną przystań, która dla wielu z nich stała się nowym domem na długie lata, a gościnność lokalnych społeczności często stała w jaskrawej sprzeczności z chłodnym kalkulowaniem brytyjskich urzędników.
Postawa Brytyjczyków w 1942 roku jest w prostej linii kontynuacją polityki zaprezentowanej podczas konferencji w Abbeville 12 września 1939 roku. To właśnie tam rządy Wielkiej Brytanii i Francji podjęły tajną decyzję o niewszczynaniu realnych działań ofensywnych przeciwko III Rzeszy, mimo formalnego wypowiedzenia wojny i sojuszu z Polską.
Zarówno w 1939, jak i w 1942 roku, polski interes narodowy i los polskich obywateli były dla Londynu drugorzędne wobec własnych celów strategicznych. W Abbeville poświęcono Polskę, by zyskać czas na zbrojenia; w Iranie i podczas relokacji cywilów traktowano Polaków instrumentalnie – jako żołnierzy potrzebnych na froncie i uchodźców, których należy „zagospodarować” jak najmniejszym kosztem.
Mało kto wie, że w meksykańskiej Santa Rosa powstała „Mała Polska”. Uchodźcy zorganizowali tam własne szkoły, warsztaty, a nawet system sądowniczy. Meksykanie do dziś wspominają Polaków z tamtego okresu z ogromnym sentymentem, a polskie dzieci, które tam dorastały, często podkreślały, że po latach spędzonych w syberyjskich łagrach, Meksyk był dla nich prawdziwym rajem na ziemi.
Historia ewakuacji z Iranu pokazuje brutalną prawdę o polityce wielkich mocarstw podczas wojny totalnej. Brytyjczycy nie działali z nienawiści do Polaków, ale z chłodnego, często bezdusznego pragmatyzmu. Żołnierz był inwestycją, cywil – kosztem. Ta sama logika, która kazała im stać z bronią u nogi w 1939 roku, kazała im wysyłać polskie sieroty do Afryki czy Indii w 1943 roku. Dla polskich uchodźców ta „odyseja” stała się jednak szansą na przeżycie, której nie mieliby, zostając w Związku Radzieckim.