Gość (194.4.*.*)
Historia upadku powstania warszawskiego obfituje w dramatyczne momenty, ale też w wiele nieporozumień i mitów, które narosły wokół losów dowódców Armii Krajowej. Jednym z takich wątków jest kwestia traktowania generała Tadeusza „Bora” Komorowskiego tuż po podpisaniu aktu kapitulacji. Często pojawia się pytanie, czy to prawda, że generał trafił do prywatnej posiadłości Ericha von dem Bacha-Zelewskiego, kata Warszawy. Odpowiedź na to pytanie wymaga przyjrzenia się faktom historycznym i trasie, jaką przebył dowódca AK po 2 października 1944 roku.
Po 63 dniach heroicznej walki, 2 października 1944 roku w Ożarowie Mazowieckim podpisano „Układ o zaprzestaniu działań wyburowych w Warszawie”. Ze strony polskiej dokument sygnowali płk Kazimierz Iranek-Osmecki oraz ppłk Zygmunt Dobrowolski. Erich von dem Bach-Zelewski, dowodzący siłami niemieckimi tłumiącymi powstanie, dążył do tego, by kapitulacja przebiegła w sposób, który on sam określał jako „honorowy”. Był to element gry psychologicznej i propagandowej.
Zaraz po kapitulacji generał Tadeusz „Bór” Komorowski rzeczywiście spotkał się z von dem Bachem. Niemiecki generał przyjął polską delegację z kurtuazją, która mogła wydawać się szokująca po miesiącach brutalnych mordów dokonywanych przez jego oddziały na Woli czy Ochocie. To właśnie te pierwsze, niemal „salonowe” spotkania w kwaterach niemieckich stały się pożywką dla późniejszych plotek o rzekomym pobycie w prywatnych dobrach esesmana.
Informacja o tym, że generał Komorowski był przetrzymywany w prywatnej posiadłości Ericha von dem Bacha-Zelewskiego, nie znajduje potwierdzenia w faktach historycznych. Choć von dem Bach posiadał majątki (jego rodzina wywodziła się z pomorskiej szlachty), losy dowódcy AK po kapitulacji były ściśle związane z niemiecką machiną wojskową i obozową, a nie z prywatnym gościnnym „aresztem”.
Oto jak wyglądała rzeczywista trasa generała po opuszczeniu Warszawy:
Mit o pobycie w posiadłości von dem Bacha mógł wziąć się z faktu, że podczas negocjacji kapitulacyjnych i bezpośrednio po nich, Niemcy starali się zachowywać pozory rycerskości wobec polskiego dowództwa. Von dem Bach-Zelewski, chcąc przypodobać się Hitlerowi (pokazując, że sprawnie zakończył problem Warszawy) oraz dbając o własny wizerunek na wypadek przegranej wojny, urządzał spotkania w konfiskowanych polskich dworach, które służyły mu za kwatery.
Dla postronnego obserwatora lub osoby znającej relacje z drugiej ręki, widok generała AK wchodzącego do eleganckiego dworku w towarzystwie esesmana mógł sugerować „gościnę”. W rzeczywistości była to jednak ścisła izolacja pod nadzorem wojskowym.
Erich von dem Bach-Zelewski był mistrzem manipulacji. Podczas rozmów z polskimi oficerami potrafił wspominać o swoich polskich korzeniach (jego rodzina nazywała się pierwotnie Żelewski) i wyrażać „szacunek” dla odwagi powstańców. Robił to jednak cynicznie, by skłonić Polaków do szybszego poddania się i uniknięcia dalszych strat po stronie niemieckiej, a także by zabezpieczyć się przed przyszłym trybunałem wojennym. Po wojnie, mimo odpowiedzialności za masakry w Warszawie, udało mu się uniknąć kary śmierci, m.in. dzięki zeznaniom przeciwko swoim dawnym przełożonym w Norymberdze.
Tadeusz „Bór” Komorowski nigdy nie był „gościem” w prywatnym majątku von dem Bacha. Od momentu wyjścia z Warszawy posiadał status jeńca wojennego chronionego (przynajmniej teoretycznie) konwencją genewską, co Niemcy w tym konkretnym przypadku respektowali ze względów politycznych. Jego droga wiodła przez wojskowe ośrodki odosobnienia i oflagi, a nie przez prywatne salony niemieckich generałów.
Historia ta pokazuje, jak cienka jest granica między protokołem dyplomatycznym a rzeczywistością niewoli, oraz jak łatwo incydentalne spotkania w kwaterach wojennych mogą przerodzić się w historyczne mity.