Gość (37.30.*.*)
Wybór między umową o pracę a kontraktem B2B lub umową cywilnoprawną to jeden z najczęstszych dylematów na polskim rynku pracy. Sytuacja, w której dokument na biurku mówi jedno, a codzienna praktyka drugie, jest brana pod lupę przez Państwową Inspekcję Pracy (PIP) oraz Zakład Ubezpieczeń Społecznych (ZUS). Jeśli Twoja umowa zawiera mieszankę cech typowych dla etatu oraz samodzielnej działalności, kluczowe staje się ustalenie, który z tych elementów przeważa w codziennej relacji z kontrahentem.
Zgodnie z Kodeksem pracy (art. 22 § 1), o stosunku pracy mówimy wtedy, gdy pracownik zobowiązuje się do wykonywania pracy określonego rodzaju na rzecz pracodawcy i pod jego kierownictwem, oraz w miejscu i czasie wyznaczonym przez pracodawcę, a pracodawca – do zatrudniania pracownika za wynagrodzeniem.
Jeśli te warunki są spełnione, prawo jest nieubłagane: zatrudnienie w takich warunkach jest zatrudnieniem na podstawie stosunku pracy, bez względu na to, jak strony nazwały zawartą umowę. Oznacza to, że nawet jeśli na dokumencie widnieje napis „Umowa o świadczenie usług” lub „Faktura VAT”, organy kontrolne mogą uznać, że w rzeczywistości jest to etat.
W opisanym przez Ciebie przypadku mamy do czynienia z klasycznym „miksem”. Z jednej strony występują silne przesłanki świadczące o stosunku pracy:
Z drugiej strony pojawiają się elementy typowe dla działalności gospodarczej lub umów cywilnych:
W polskim orzecznictwie sądowym dominuje zasada, że o charakterze umowy decyduje jej treść i sposób wykonywania, a nie nazwa. Jeśli sprawa trafi przed sąd pracy, sędzia będzie badał, które cechy mają charakter dominujący.
Jeżeli element „podporządkowania” (czyli narzucanie godzin i miejsca pracy) jest bardzo silny, to fakt, że używasz własnego komputera, może zejść na dalszy plan. Sądy często uznają, że „miejsce i czas” to fundamenty kierownictwa pracodawcy. Z kolei samodzielność w doborze metod pracy może być uznana po prostu za cechę wysokiej klasy specjalisty, a niekoniecznie za dowód na bycie niezależnym przedsiębiorcą.
Warto wiedzieć, że ZUS patrzy na tę kwestię głównie przez pryzmat składek. Jeśli uzna, że umowa B2B była w rzeczywistości stosunkiem pracy, nakaże płatnikowi (zleceniodawcy) uregulowanie zaległych składek wraz z odsetkami.
Choć oficjalny „test przedsiębiorcy” nie został w Polsce wprowadzony jako sztywny algorytm ustawowy, organy kontrolne stosują podobne kryteria pomocnicze. Jednym z nich jest pytanie: „Czy wykonawca ponosi ryzyko gospodarcze swojej działalności?”. Jeśli jedynym Twoim klientem jest jedna firma, pracujesz w jej siedzibie w wyznaczonych godzinach i nie masz realnej możliwości pozyskania innych zleceń przez narzucony grafik – ryzyko gospodarcze praktycznie nie istnieje, co przybliża Cię do statusu pracownika.
Jeśli organ kontrolny lub sąd uzna, że Twoja relacja to stosunek pracy, konsekwencje są poważne, głównie dla zlecającego:
Dla wykonawcy (pracownika) taka rekwalifikacja zazwyczaj jest korzystna pod względem przywilejów socjalnych, choć może wiązać się z koniecznością skorygowania rozliczeń podatkowych (np. jeśli rozliczał się podatkiem liniowym, a powinien według skali podatkowej).
Twoja sytuacja jest „na granicy”. Ostateczna interpretacja zależy od tego, jak bardzo rygorystycznie przestrzegane są godziny i miejsce pracy. Jeśli spóźnienie o 15 minut wiąże się z karą lub upomnieniem od „szefa”, jest to niemal pewny stosunek pracy. Jeśli jednak miejsce i czas są określone jedynie ramowo (np. „spotykamy się w biurze w poniedziałki”), a reszta zależy od Ciebie, szanse na utrzymanie statusu kontraktora są znacznie większe.
Pamiętaj, że w razie wątpliwości każda ze stron może wystąpić do PIP o przeprowadzenie kontroli lub do sądu pracy o ustalenie istnienia stosunku pracy. Sąd zawsze będzie szukał odpowiedzi na pytanie: czy ta osoba jest faktycznie niezależnym partnerem biznesowym, czy tylko pracownikiem „ukrytym” pod inną formą opodatkowania?