Gość (37.30.*.*)
Opłata reprograficzna, często nazywana potocznie „podatkiem od smartfonów”, od lat budzi w Polsce ogromne emocje. Z jednej strony mamy środowiska artystyczne, które walczą o godne warunki życia, a z drugiej konsumentów i producentów sprzętu, którzy obawiają się wzrostu cen elektroniki. Pytanie o to, czy sprzeciw byłby mniejszy, gdyby system wsparcia twórców opierał się na innych filarach – takich jak składki emerytalne od umów o dzieło czy opodatkowanie gigantów streamingu – uderza w samo sedno problemu sprawiedliwości społecznej i nowoczesnej gospodarki cyfrowej.
Jednym z najsilniejszych argumentów podnoszonych przez zwolenników rozszerzenia opłaty reprograficznej jest trudna sytuacja bytowa wielu twórców. W Polsce duża część artystów pracuje na podstawie umów o dzieło, które obecnie nie są ozusowane. Oznacza to, że w świetle systemu ubezpieczeń społecznych wielu wybitnych malarzy, muzyków czy pisarzy jest „niewidzialnych” i na starość może liczyć jedynie na najniższe świadczenia lub ich całkowity brak.
Gdyby artyści regularnie odprowadzali składki emerytalne od swoich dzieł, narracja wokół opłaty reprograficznej mogłaby ulec zmianie. Dlaczego? Ponieważ obecnie opłata ta jest często postrzegana przez opinię publiczną nie jako rekompensata za dozwolony użytek (czym jest w teorii prawnej), ale jako rodzaj „zasiłku” lub „daniny na biednych artystów”. Gdyby twórcy byli w pełni włączeni w system ubezpieczeń społecznych, staliby się w oczach społeczeństwa „zwykłymi pracownikami”. To mogłoby wytrącić argument o potrzebie tworzenia specjalnych funduszy wsparcia zasilanych z zakupu telefonów czy tabletów. Z drugiej strony, ozusowanie umów o dzieło oznaczałoby niższe zarobki „na rękę” dla samych twórców, co mogłoby paradoksalnie zwiększyć ich presję na inne formy rekompensat.
Opłata reprograficzna opiera się na koncepcji „private copying”, czyli kopiowania utworów na własny użytek (np. przegrywanie muzyki z płyty CD na odtwarzacz MP3). Problem polega na tym, że w 2024 roku mało kto już to robi. Żyjemy w erze streamingu – muzykę mamy na Spotify, a filmy na Netfliksie czy Disney+.
Gdyby ciężar finansowania kultury został przeniesiony na platformy streamingowe i serwisy muzyczne, opór społeczny prawdopodobnie byłby znacznie mniejszy. Oto dlaczego:
Nie można jednoznacznie stwierdzić, że sprzeciw by zniknął, ale z pewnością zmieniłby się jego charakter. Obecnie głównym zarzutem wobec opłaty reprograficznej jest jej „archaiczność”. Przeciwnicy argumentują, że płacimy za coś, czego już nie robimy (kopiowanie fizyczne), kupując sprzęt, który służy do wszystkiego.
Gdyby system został zreformowany tak, aby:
...wówczas opłata reprograficzna na smartfony mogłaby zostać uznana za zbędną lub zostać zredukowana do symbolicznych kwot.
W wielu krajach europejskich opłata reprograficzna istnieje od dekad i obejmuje smartfony (np. w Niemczech czy Francji). Tam jednak debata publiczna często skupia się nie na tym, „czy” płacić, ale „ile” i jak sprawiedliwie dzielić te środki. Polska jest jednym z nielicznych krajów w UE, gdzie lista urządzeń objętych opłatą nie była aktualizowana przez bardzo długi czas, co stworzyło lukę między prawem a rzeczywistością technologiczną.
Warto zauważyć, że każda nowa opłata – czy to streamingowa, czy reprograficzna – ostatecznie może wpłynąć na portfel klienta. Różnica polega na psychologii i poczuciu sprawiedliwości. Podatek „ukryty” w abonamencie za usługę, z której faktycznie korzystamy, jest zazwyczaj łatwiejszy do przełknięcia niż dodatkowy koszt przy zakupie drogiego urządzenia, które ma nam służyć przez kilka lat do różnych celów.
Reforma systemu ubezpieczeń dla artystów w połączeniu z nowoczesnym opodatkowaniem cyfrowej dystrybucji treści mogłaby zatem stworzyć bardziej przejrzysty i akceptowalny społecznie model wspierania kultury, spychając kontrowersyjną opłatę reprograficzną na boczny tor historii.