Gość (37.30.*.*)
Prywatność to w dzisiejszych czasach towar deficytowy, a rozwój technologii sprawił, że miniaturowe dyktafony czy kamery są dostępne dla każdego za kilkadziesiąt złotych. Nic więc dziwnego, że wielu z nas zastanawia się, gdzie kończy się prawo do ochrony własnego wizerunku i słowa, a zaczyna wolność drugiej osoby. Jeśli szukasz kraju, w którym mógłbyś legalnie i bez żadnych konsekwencji podłożyć komuś „pluskwę” i nagrywać go bez jego wiedzy, nie będąc uczestnikiem rozmowy, mamy dla Ciebie jasną odpowiedź: w cywilizowanym świecie prawnym taki kraj praktycznie nie istnieje.
Aby zrozumieć zawiłości prawne, musimy najpierw rozróżnić dwie sytuacje. Pierwsza to nagrywanie rozmowy, w której sami bierzemy udział. Druga to podsłuchiwanie osób trzecich, czyli sytuacja, w której montujemy urządzenie w cudzym biurze lub mieszkaniu i rejestrujemy rozmowy, w których nie uczestniczymy.
W większości krajów na świecie ta druga czynność – czyli klasyczne szpiegowanie – jest surowo zabroniona i traktowana jako przestępstwo przeciwko wolności i ochronie komunikacji. Nawet w państwach o bardzo liberalnym podejściu do nagrywania, potajemne podsłuchiwanie osób trzecich przez prywatnego obywatela jest nielegalne.
W kontekście nagrywania rozmów świat dzieli się głównie na dwa obozy: kraje wymagające zgody wszystkich uczestników (all-party consent) oraz te, gdzie wystarczy zgoda jednej osoby (one-party consent).
Kraje stosujące zasadę „zgody jednej strony” są najbliższe temu, o co pytasz, ale z jednym kluczowym zastrzeżeniem: tą „jedną stroną” musisz być Ty sam. Oznacza to, że możesz legalnie i potajemnie nagrać swoją rozmowę z szefem czy sąsiadem, nie informując go o tym. Do tej grupy należą między innymi:
Jeśli szukamy miejsca, gdzie prawo w ogóle nie reguluje kwestii podsłuchiwania osób trzecich, musielibyśmy skierować wzrok ku państwom o niestabilnej sytuacji politycznej, tzw. „failed states” lub krajom o bardzo niskim poziomie legislacji w zakresie ochrony prywatności. Jednak nawet tam brak konkretnego przepisu nie oznacza, że czynność ta jest „legalna” – po prostu może nie być skutecznie ścigana.
Warto wiedzieć, że w krajach o reżimach autorytarnych podsłuchiwanie jest często powszechne, ale... zarezerwowane wyłącznie dla służb państwowych. Prywatny obywatel przyłapany na takim procederze mógłby narazić się na jeszcze surowsze kary niż w Europie, gdyż zostałby uznany za zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa lub konkurencję dla oficjalnych służb.
W Japonii kultura społeczna i wzajemny szacunek są tak silnie zakorzenione, że choć prawo nie jest tam najbardziej restrykcyjne na świecie, samo potajemne nagrywanie jest postrzegane jako ogromny nietakt i hańba. Z kolei w Niemczech prawo do prywatności jest traktowane niemal jak świętość – tam nawet nagrywanie własnej rozmowy bez wyraźnej zgody drugiej strony może skończyć się sprawą karną.
W Polsce kwestię tę reguluje wspomniany już art. 267 Kodeksu karnego. Mówi on wyraźnie, że kto w celu uzyskania informacji, do której nie jest uprawniony, zakłada lub posługuje się urządzeniem podsłuchowym, wizualnym albo innym urządzeniem lub oprogramowaniem specjalistycznym, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2.
Co więcej, nielegalnie zdobyte nagrania (przez osobę trzecią) są w polskim procesie karnym zazwyczaj odrzucane jako tzw. „owoce zatrutego drzewa”, choć w sprawach cywilnych (np. rozwodowych) sądy bywają czasem bardziej elastyczne, co wciąż budzi ogromne kontrowersje wśród prawników.
Jeśli planujesz nagrywać kogoś, w czyjej rozmowie nie bierzesz udziału, musisz wiedzieć, że nie znajdziesz bezpiecznej przystani prawnej, która by na to pozwalała. Prawo do prywatności jest uznawane za jedno z podstawowych praw człowieka (zapisane m.in. w Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka ONZ). Zamiast szukać luk w prawie międzynarodowym, lepiej skupić się na legalnych metodach zbierania dowodów lub po prostu na otwartej komunikacji.