Gość (37.30.*.*)
W dobie wszechobecnego internetu coraz częściej słyszymy ostrzeżenia, że „sieć nigdy nie zapomina”. Choć może się to wydawać przesadą, rzeczywistość rekrutacyjna pokazuje, że nasz cyfrowy ślad (ang. digital footprint) ma realny wpływ na to, jak postrzegają nas potencjalni pracodawcy. Czy jednak błędy popełnione przez dziewięciolatka lub nadgorliwość rodziców w dokumentowaniu dzieciństwa mogą faktycznie przekreślić szansę na wymarzone stanowisko? Odpowiedź nie jest czarno-biała, ale z pewnością daje do myślenia.
Zacznijmy od faktów: według różnych badań rynkowych, od 60% do nawet 80% rekruterów przyznaje, że przed podjęciem decyzji o zatrudnieniu sprawdza profile kandydatów w mediach społecznościowych. Nie ograniczają się oni jedynie do profesjonalnego LinkedIna. Często zaglądają na Facebooka, Instagrama czy dawnego Twittera (obecnie X), aby zweryfikować, czy dana osoba pasuje do kultury organizacyjnej firmy.
Większość profesjonalistów szuka tzw. „czerwonych flag”. Nie chodzi o to, że ktoś wrzucił zdjęcie z wakacji w stroju kąpielowym, ale raczej o przejawy mowy nienawiści, agresję, dyskryminujące komentarze czy publiczne chwalenie się używkami. Jeśli posty sprzed lat, nawet te pisane przez dziecko, zawierają treści skrajnie kontrowersyjne i są łatwo dostępne, mogą wzbudzić niepokój rekrutera.
Zjawisko „sharentingu” (zbitka słów share – udostępniać i parenting – rodzicielstwo) to publikowanie przez rodziców szczegółowych informacji, zdjęć i filmów z życia ich dzieci. Problem polega na tym, że dziecko nie ma wpływu na to, co trafia do sieci, a te materiały zostają tam na lata.
Wyobraźmy sobie sytuację, w której dorosły już kandydat ubiega się o wysokie stanowisko w sektorze bankowym lub prawniczym. Jeśli po wpisaniu jego imienia i nazwiska w wyszukiwarkę, pierwsze co widzi rekruter, to seria kompromitujących zdjęć z dzieciństwa (np. podczas ataku histerii w sklepie lub w sytuacjach mało higienicznych), może to podświadomie wpłynąć na ocenę profesjonalizmu danej osoby. Choć brzmi to niesprawiedliwie, pierwsze wrażenie buduje się w kilka sekund, a algorytmy Google nie odróżniają „zabawnego zdjęcia bobasa” od „wizerunku profesjonalisty”.
W Unii Europejskiej, dzięki przepisom RODO, istnieje tzw. „prawo do bycia zapomnianym”. Pozwala ono osobom fizycznym żądać od wyszukiwarek usunięcia linków do informacji na ich temat, które są nieadekwatne, nieistotne lub nieaktualne. Jest to potężne narzędzie dla osób, których cyfrowa przeszłość rzuca cień na teraźniejszość.
Większość rekruterów wykazuje się zdrowym rozsądkiem. Rozumieją, że dziecko w wieku 9 lat nie ma w pełni ukształtowanego kręgosłupa moralnego ani świadomości konsekwencji swoich czynów. Jeśli jednak te wpisy są pełne agresji i nigdy nie zostały usunięte, mogą sugerować brak dbałości o własny wizerunek w wieku dorosłym.
Prawdziwym zagrożeniem nie jest sam fakt istnienia takich wpisów, ale ich dostępność. Jeśli kandydat aspiruje do roli eksperta od komunikacji, a nie potrafi „posprzątać” własnych profili społecznościowych, wysyła sygnał o braku kompetencji cyfrowych.
Jeśli obawiasz się, że Twoja przeszłość (lub aktywność Twoich rodziców) może wpłynąć na Twoją karierę, warto podjąć kilka kroków:
Warto pamiętać, że obecność w internecie może być też ogromnym atutem. Jeśli rekruter znajdzie Twoje merytoryczne wypowiedzi na forach branżowych, ciekawy profil na LinkedIn czy portfolio projektów, Twoje szanse na zatrudnienie wzrosną. Kluczem jest świadome zarządzanie tym, co o nas mówią algorytmy.
Choć historia o 9-latku tracącym pracę przez jeden wpis bywa nieco demonizowana, ziarno prawdy w niej tkwi: w dzisiejszym świecie granica między życiem prywatnym a zawodowym w internecie niemal nie istnieje. To, co publikujemy dzisiaj, może być naszą wizytówką za dekadę.