Gość (83.4.*.*)
Kiedy myślimy o filmie „Kevin sam w Nowym Jorku”, przed oczami stają nam choinki, śnieżny Manhattan i radosna muzyka Johna Williamsa. To absolutny klasyk, bez którego wielu z nas nie wyobraża sobie świąt. Jednak od lat wokół tej produkcji narasta debata dotycząca jej kategorii wiekowej. Choć w telewizji często widzimy oznaczenia +7, a czasem nawet +3, wielu psychologów i krytyków filmowych alarmuje: poziom brutalności w tym filmie jest znacznie wyższy, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka.
Głównym powodem krytyki niskich oznaczeń wiekowych jest sposób przedstawienia przemocy. W „Kevinie samym w Nowym Jorku” starcia z „Mokrymi Bandytami” – Harrym i Marvem – wchodzą na zupełnie nowy poziom w porównaniu do pierwszej części. Sceny te są realizowane w konwencji slapstickowej, czyli komizmu sytuacyjnego opartego na fizycznych upadkach i uderzeniach, co ma sugerować widzowi, że bohaterom nie dzieje się nic poważnego.
Problem polega na tym, że gdyby przełożyć te sytuacje na rzeczywistość, film stałby się horrorem typu gore. Oto kilka przykładów, które budzą największe kontrowersje:
Krytycy zauważają, że dzieci poniżej 12. czy 16. roku życia mogą nie mieć jeszcze w pełni wykształconej zdolności do odróżniania „filmowej odporności” od realnych skutków fizycznych.
Dlaczego eksperci uważają, że nawet obecność rodziców nie niweluje negatywnego wpływu tych scen na młodszych widzów? Kluczem jest mechanizm modelowania zachowań. Dzieci uczą się przez obserwację, a Kevin – mimo że jest protagonistą – stosuje ekstremalną przemoc jako główne narzędzie rozwiązywania problemów.
Dla dziecka w wieku 7 czy 9 lat Kevin jest bohaterem, z którym łatwo się utożsamić. Widząc, że jego działania są nagradzane (zwycięstwo nad złoczyńcami) i przedstawiane jako zabawne, młody widz może zacząć postrzegać przemoc jako akceptowalny sposób radzenia sobie z zagrożeniem lub – co gorsza – jako świetną zabawę. Brak widocznych, realistycznych konsekwencji (krwi, ran, długotrwałego cierpienia) sprawia, że bariera empatii u dziecka może zostać osłabiona.
Teoretycznie rodzic może wytłumaczyć dziecku, że „to tylko film”. Jednak badania nad psychologią mediów sugerują, że w przypadku bardzo intensywnych bodźców wizualnych (jak wybuchy czy upadki), reakcja emocjonalna dziecka jest szybsza niż racjonalna analiza dorosłego. Dla czternastolatka brutalność Kevina może być już elementem czarnej komedii, ale dla siedmiolatka jest to instruktaż „kreatywnego” zadawania bólu.
Argument o demoralizacji widzów poniżej 16. roku życia opiera się na tezie, że film promuje sadyzm ubrany w szaty rodzinnej rozrywki. Krytycy podnoszą, że Kevin nie tylko się broni, ale momentami wydaje się czerpać satysfakcję z wymyślnych tortur, jakie serwuje włamywaczom. W jednej ze scen w Nowym Jorku Kevin uśmiecha się, przygotowując kolejne pułapki, co przez niektórych pedagogów jest interpretowane jako promowanie braku litości wobec przeciwnika.
Warto dodać, że w wielu krajach systemy klasyfikacji wiekowej stały się w ostatnich latach bardziej rygorystyczne. To, co w 1992 roku uchodziło za niewinną komedię, dziś, w dobie większej świadomości na temat rozwoju psychicznego dzieci, budzi znacznie większy opór.
Kilka lat temu lekarze medycyny ratunkowej przeprowadzili analizę obrażeń, jakich doznaliby Harry i Marv w obu częściach filmu. Ich werdykt był jednoznaczny: obaj bohaterowie powinni zginąć co najmniej kilkanaście razy. Najbardziej zabójczą pułapką okazał się wspomniany rzut cegłą w głowę oraz uderzenie żelazkiem w twarz (z pierwszej części). Według medyków, siła uderzenia cegłą z takiej wysokości jest porównywalna do uderzenia młotem kowalskim.
Krytyka niskich oznaczeń wiekowych dla przygód Kevina w Nowym Jorku nie wynika z chęci zakazania filmu, ale z potrzeby lepszej ochrony wrażliwości najmłodszych. Choć dla wielu z nas to tylko sentymentalna podróż do lat dzieciństwa, warto spojrzeć na ten film krytycznym okiem, zanim pozwolimy go obejrzeć kilkulatkowi. Granica między „śmiesznym upadkiem” a „brutalną agresją” jest w tej produkcji wyjątkowo cienka, a jej zrozumienie wymaga dojrzałości, której dzieciom często po prostu brakuje.