Gość (83.4.*.*)
Kiedy myślimy o „Top Gun” z 1986 roku, przed oczami stają nam kultowe okulary aviator, skórzane kurtki i niesamowite podniebne akrobacje. Film Tony’ego Scotta stał się fenomenem, który przyciągnął tysiące młodych ludzi do punktów rekrutacyjnych marynarki wojennej. Jednak dla pasjonatów lotnictwa i historyków wojskowości, jeden element filmu od lat pozostaje solą w oku: tajemniczy „MiG-28”. Choć dla przeciętnego widza czarne maszyny z czerwoną gwiazdą wyglądały groźnie i wiarygodnie, eksperci nie zostawili na tym pomyśle suchej nitki.
Największym punktem krytyki był sam fakt, że maszyna o nazwie MiG-28 w rzeczywistości nigdy nie istniała. W radzieckim (a później rosyjskim) systemie nazewnictwa myśliwce biura konstrukcyjnego Mikojana i Gurewicza (MiG) zawsze otrzymywały numery nieparzyste (np. MiG-15, MiG-17, MiG-21, MiG-29). Numery parzyste były zarezerwowane dla samolotów transportowych lub szkolnych.
Wprowadzenie „MiG-a-28” było czystym wymysłem scenarzystów, co dla osób znających realia zimnej wojny było błędem wręcz rażącym. Krytycy zarzucali twórcom pójście na łatwiznę i ignorowanie podstawowej wiedzy o przeciwniku, z którym amerykańscy piloci mieliby się mierzyć.
Aby stworzyć filmowego antagonistę, producenci wykorzystali amerykańskie samoloty Northrop F-5 Tiger II (oraz ich wersję treningową T-38 Talon). Wybór ten był podyktowany logistyką – Pentagon ściśle współpracował przy produkcji filmu, udostępniając sprzęt i pilotów. Problem polegał na tym, że F-5 był maszyną bardzo charakterystyczną i rozpoznawalną na całym świecie jako produkt amerykański.
Dla entuzjastów lotnictwa widok F-5 udającego radziecki myśliwiec był niemal komiczny. To tak, jakby w filmie o II wojnie światowej przemalować Volkswagena Garbusa na szaro i twierdzić, że to niemiecki czołg Tygrys. Choć F-5 faktycznie był używany przez amerykańskie eskadry „Aggressor” do symulowania walk z radzieckimi maszynami (ze względu na podobne gabaryty do MiG-a-21), to w filmie miał on stanowić realne, nieznane zagrożenie, co kompletnie mijało się z prawdą.
Kolejnym aspektem, który wzbudził kontrowersje, był kolor maszyn. Filmowe MiG-i zostały pomalowane na matową czerń z jaskrawymi, czerwonymi gwiazdami na statecznikach. Z punktu widzenia estetyki filmowej był to strzał w dziesiątkę – czarne samoloty wyglądały złowrogo i świetnie kontrastowały z błękitem nieba oraz szarością amerykańskich F-14 Tomcat.
Jednak z punktu widzenia taktyki wojskowej, takie malowanie było absurdalne:
Mimo fali krytyki ze strony ekspertów, decyzja o przemalowaniu F-5 miała swoje uzasadnienie w języku kina. Reżyser Tony Scott chciał, aby widz nie miał najmniejszych wątpliwości, kto jest „tym złym”. W dynamicznych scenach walki powietrznej, gdzie ujęcia trwają ułamki sekund, jasny podział kolorystyczny (szare F-14 kontra czarne MiG-i) pozwalał publiczności błyskawicznie zorientować się w sytuacji na ekranie.
Warto dodać, że w czasie kręcenia filmu (połowa lat 80.) dostęp do prawdziwych radzieckich maszyn był dla zachodnich filmowców niemożliwy. Twórcy musieli improwizować, a „MiG-28” stał się symbolem tej hollywoodzkiej kreatywności, która przedkłada widowiskowość nad dokumentalną wierność.
Co ciekawe, amerykańska marynarka wojenna rzeczywiście malowała swoje samoloty w barwy przypominające te radzieckie, ale robiono to w ramach programu szkoleniowego TOPGUN (tak, szkoła istnieje naprawdę). Samoloty te nie były jednak jednolicie czarne – stosowano na nich skomplikowane wzory kamuflażu, które miały naśladować konkretne jednostki przeciwnika, by piloci mogli nauczyć się rozpoznawać sylwetki wrogich maszyn w różnych warunkach. Filmowy „MiG-28” był więc bardzo przerysowaną wersją rzeczywistości, którą piloci instruktorzy z Miramaru znali z codziennej pracy.