Gość (37.30.*.*)
Sytuacja, w której po śmierci Kazimierza Wielkiego w 1370 roku pojawia się pretendent z tak potężnym zapleczem, brzmi jak scenariusz najlepszego filmu historycznego typu „political fiction”. Aby ocenić jego szanse, musimy zestawić realia XIV-wiecznej Polski z niesamowitymi zasobami, jakie opisałeś. Odpowiedź nie jest jednoznaczna, ale skłania się ku stwierdzeniu, że taki człowiek mógłby wywołać prawdziwe trzęsienie ziemi, choć diabeł tkwi w szczegółach technicznych i logistycznych.
Największym problemem Kazimierza Wielkiego był brak legalnego męskiego potomka. To właśnie ten fakt otworzył drogę do tronu Ludwikowi Węgierskiemu na mocy wcześniejszych układów. Pojawienie się syna – nawet rzekomego – uderzyłoby w najczulszy punkt ówczesnej polityki.
Sfałszowane dokumenty i pismo od papieża to potężna broń. W średniowieczu autorytet Stolicy Apostolskiej był ostateczną instancją. Jeśli „syn” potrafiłby przekonać małopolskich możnowładców, że jest dzieckiem z nieprawego łoża, które zostało legitymizowane przez papieża, zyskałby ogromne poparcie. Polscy panowie nie przepadali za perspektywą unii z Węgrami, obawiając się utraty wpływów. „Swojak” na tronie, poparty autorytetem Kościoła, byłby dla nich darem z niebios.
To jest punkt, który całkowicie zmienia zasady gry. W 1370 roku broń palna w Europie Środkowej była w powijakach. Pierwsze wzmianki o użyciu armat w Polsce pochodzą dopiero z okresu bezkrólewia po śmierci Ludwika (oblężenie Pyzdr w 1383 roku), a i wtedy były to pojedyncze, prymitywne sztuki.
Posiadanie 150 armat w tamtym czasie to potęga, której nie posiadał żaden król w Europie. Taka liczba dział pozwoliłaby na błyskawiczne zdobycie każdego zamku i miasta w Polsce, w tym Wawelu. Żadne mury obronne z XIV wieku nie były projektowane z myślą o wytrzymaniu zmasowanego ostrzału artyleryjskiego. Samozwaniec nie musiałby nawet walczyć – sam widok i huk takiej baterii zmusiłby większość miast do natychmiastowej kapitulacji.
Zasoby materialne, o których wspominasz, to prawdziwa fortuna. Warto przyjrzeć się ich wartości w kontekście XIV wieku:
Tutaj pojawia się największy anachronizm i problem techniczny. W 1370 roku wódka w formie, jaką znamy (wysokoprocentowy destylat zbożowy do picia), praktycznie nie istniała w Polsce. Destylacja była domeną alchemików i lekarzy, a produkt (tzw. aqua vitae) traktowano jako lekarstwo, a nie trunek biesiadny.
Gdyby samozwaniec przywiózł 20 000 litrów mocnego alkoholu, mógłby nim wprawdzie zdemoralizować lub „przekonać” wojska przeciwnika, ale logistycznie byłoby to wyzwanie karkołomne. Przewiezienie takiej ilości płynu oraz 150 ciężkich, odlanych z brązu lub żelaza armat wymagałoby setek wozów i tysięcy koni pociągowych. Taki tabor poruszałby się bardzo wolno, co dawałoby czas stronnikom Ludwika Węgierskiego na reakcję.
Biorąc pod uwagę wszystkie czynniki, szanse na przejęcie władzy byłyby ogromne, głównie ze względu na przewagę technologiczną (armaty) i finansową.
Głównym zagrożeniem dla samozwańca nie byłoby pole bitwy, ale skrytobójstwo. Ludwik Węgierski miał potężne wpływy i sieć szpiegów. Jeśli jednak pretendent zdołałby szybko opanować Kraków i koronować się, zanim Węgrzy zorganizowaliby odsiecz, historia Polski mogłaby potoczyć się zupełnie innym torem.
Warto dodać, że w tamtym czasie obsługa 150 armat wymagałaby specjalistów, których w Polsce po prostu nie było. Samozwaniec musiałby przywieźć ze sobą nie tylko działa, ale i setki wykwalifikowanych puszkarzy oraz ogromne zapasy prochu (saletry, siarki i węgla drzewnego), co w 1370 roku było towarem deficytowym i niezwykle drogim. Posiadanie takiej technologii sugerowałoby, że przybywa on z przyszłości lub z bardzo odległej, nieznanej cywilizacji.