Gość (37.30.*.*)
Średniowiecze kojarzy nam się zazwyczaj z rycerzami w lśniących zbrojach, zamkami i sztywną hierarchią społeczną. W tym świecie król nie był po prostu urzędnikiem – był pomazańcem bożym, a jego władza pochodziła prosto z niebios. Czy w takim układzie sił zwykły „szary człowiek”, nieszlachcic, mógł w ogóle pomyśleć o obaleniu monarchy, a co dopiero o fizycznej eliminacji jego i całej jego rodziny? Odpowiedź na to pytanie jest złożona, bo choć w teorii było to niewyobrażalne, historia zna przypadki, w których desperacja brała górę nad religijnym lękiem.
W teorii politycznej i prawnej średniowiecza nieszlachcic nie miał absolutnie żadnego prawa do obalenia władcy. Obowiązywała zasada Dei gratia (z Bożej łaski), co oznaczało, że król odpowiadał jedynie przed Bogiem. Szlachta posiadała co prawda tzw. prawo oporu (ius resistendi), które pozwalało im wypowiedzieć posłuszeństwo tyranowi, ale przywilej ten nie obejmował chłopów ani mieszczan.
Dla nieszlachcica próba zabójstwa króla (regicyda) była nie tylko zdradą stanu, ale i potwornym świętokradztwem. Co więcej, nawet gdyby nieszlachcicowi udało się wyeliminować całą rodzinę królewską, nie miał on żadnych szans na przejęcie tronu. W tamtym czasie legitymizacja władzy opierała się na „błękitnej krwi”. Ktoś „z ludu” nie byłby uznany przez inne państwa, Kościół ani lokalną arystokrację. Zamiast nowego króla, mielibyśmy do czynienia z krwawą anarchią, którą szybko stłumiłaby sąsiednia armia lub lokalni możnowładcy.
Mimo że szanse na sukces polityczny były zerowe, do buntów i prób eliminacji władców dochodziło. Przyczyny były zazwyczaj bardzo pragmatyczne i dalekie od chęci zostania nowym królem.
Warto wspomnieć o słynnej Żakerii we Francji (1358 r.) czy powstaniu Watta Tylera w Anglii (1381 r.). W obu przypadkach chłopi dopuszczali się brutalnych mordów na przedstawicielach władzy i szlachcie, ale ich celem nie było przejęcie korony, lecz zmiana systemu podatkowego i zniesienie poddaństwa.
Fizyczna eliminacja całej rodziny królewskiej przez nieszlachcica była zjawiskiem niemal niespotykanym. Dlaczego? Ponieważ w średniowieczu system był „wielogłowy”. Nawet jeśli zginął król i jego synowie, zawsze znajdował się jakiś kuzyn, stryj czy daleki krewny z dynastii, który natychmiast zgłaszał roszczenia do tronu.
Dla buntowników z ludu zabicie całej rodziny królewskiej było logistycznie niemal niemożliwe. Rodzina królewska rzadko przebywała w jednym miejscu bez potężnej ochrony. Atak na zamek wymagał armii, a nieszlachcice rzadko dysponowali odpowiednim uzbrojeniem i wyszkoleniem, by sforsować mury i pokonać zawodowe rycerstwo.
W średniowieczu istniała fascynująca koncepcja prawna zwana „dwoma ciałami króla”. Wierzono, że król ma ciało fizyczne (które choruje i umiera) oraz ciało polityczne (które jest nieśmiertelne i reprezentuje państwo). Zabicie fizycznego króla przez nieszlachcica nie niszczyło „ciała politycznego”. Urząd trwał nadal, a system prawny był tak skonstruowany, by natychmiast wypełnić lukę po zmarłym władcy. To sprawiało, że zamachowiec-samotnik z ludu był postrzegany jedynie jako morderca, a nie reformator polityczny.
Los nieszlachciców, którzy podnieśli rękę na władcę, był przerażający. Średniowieczny wymiar sprawiedliwości dbał o to, by kara była publicznym widowiskiem odstraszającym innych. Standardem były tortury, ćwiartowanie konno czy palenie na stosie. Nawet jeśli buntownikom udało się na chwilę przejąć kontrolę nad jakimś regionem, ostatecznie szlachta jednoczyła się przeciwko „wspólnemu wrogowi” z nizin społecznych, topiąc powstanie we krwi.
Podsumowując, choć fizyczna eliminacja władcy przez nieszlachcica była technicznie możliwa (np. poprzez skrytobójstwo), to w kontekście średniowiecznej mentalności i struktury władzy nie dawała ona żadnych szans na trwałą zmianę polityczną. Nieszlachcic mógł zabić człowieka, który nosił koronę, ale nie mógł zabić samej instytucji królestwa.