Gość (37.30.*.*)
Scenariusz, w którym Zamek Królewski na Wawelu wylatuje w powietrze wraz z całą rodziną królewską i dworem, to materiał na mroczny thriller historyczny. W realiach dawnej Rzeczypospolitej takie wydarzenie nie byłoby tylko tragedią narodową, ale prawdziwym końcem świata, jaki znali ówcześni ludzie. Skutki polityczne, społeczne i kulturowe byłyby odczuwalne przez setki lat, a mapa Europy mogłaby dziś wyglądać zupełnie inaczej.
W czasach monarchii postać króla była fundamentem, na którym opierała się cała struktura państwa. Śmierć monarchy zawsze budziła niepokój, ale śmierć nagła, w wyniku zamachu, i to wraz z całym dworem, oznaczałaby całkowitą "dekapitację" kraju. W jednej chwili Rzeczpospolita straciłaby nie tylko władcę, ale też najważniejszych urzędników, doradców i kanclerzy, którzy przebywali na Wawelu.
W systemie demokracji szlacheckiej okres po śmierci króla nazywano bezkrólewiem (interregnum). Zazwyczaj był to czas uporządkowany, nad którym czuwał prymas Polski jako interrex. Jednak w sytuacji, gdy ginie cała elita władzy, zapanowałby niewyobrażalny chaos. Brak jasnych instrukcji, zniszczenie archiwów koronnych i śmierć osób odpowiedzialnych za bezpieczeństwo granic mogłyby doprowadzić do natychmiastowego paraliżu administracji.
Gdyby zginął król, królowa oraz ich dzieci, wygasłaby linia sukcesyjna. W przypadku dynastii Jagiellonów oznaczałoby to przedwczesny koniec epoki złotego wieku. W przypadku królów elekcyjnych sytuacja byłaby jeszcze bardziej skomplikowana. Brak naturalnych następców tronu otworzyłby drogę do niezwykle brutalnej walki o władzę.
Sąsiednie mocarstwa – Rosja, Austria, Prusy czy Szwecja – z pewnością nie przyglądałyby się temu biernie. Każde z tych państw próbowałoby osadzić na polskim tronie swojego kandydata, wykorzystując słabość i przerażenie szlachty. Istniałoby ogromne ryzyko, że wojna domowa między różnymi frakcjami magnackimi wybuchłaby niemal natychmiast, co mogłoby doprowadzić do rozbiorów Polski o wiele wieków wcześniej, niż miało to miejsce w rzeczywistości.
Wawel to nie tylko budynek, to "święta góra" Polaków. Wysadzenie zamku oznaczałoby zniszczenie Katedry Wawelskiej, a co za tym idzie – grobów dawnych władców, relikwii św. Stanisława i bezcennych dzieł sztuki.
Wraz z dworem zginęliby najwybitniejsi artyści, muzycy i myśliciele epoki, którzy znajdowali mecenat u króla. Zniszczeniu uległyby regalia koronacyjne (korony, berła), arrasy zygmuntowskie oraz archiwa zawierające najważniejsze dokumenty państwowe i traktaty międzynarodowe. Polska straciłaby swoją "pamięć operacyjną". Odbudowa prestiżu państwa po takim ciosie mogłaby zająć pokolenia, a naród straciłby swój najważniejszy punkt odniesienia duchowego i historycznego.
Choć brzmi to jak czysta fikcja, historia zna przypadki zagrożenia dla Wawelu. Najbliżej katastrofy było podczas potopu szwedzkiego oraz w czasie II wojny światowej, kiedy Niemcy zaminowali zamek. Na szczęście w obu przypadkach udało się uniknąć najgorszego.
Warto wspomnieć o pewnej ciekawostce z 1595 roku. Na Wawelu wybuchł wtedy groźny pożar, który zaczął się w apartamentach króla Zygmunta III Wazy. Król osobiście brał udział w gaszeniu ognia, ale to właśnie to wydarzenie stało się jednym z impulsów do przeniesienia rezydencji królewskiej do Warszawy. Zygmunt uznał, że zniszczony pożarem zamek wymaga zbyt kosztownego remontu, a Warszawa leżała bliżej jego rodzinnej Szwecji, o której tron walczył.
Gdyby Wawel przestał istnieć w wyniku eksplozji:
Taki scenariusz to klasyczna "czarna łabędź" historii – wydarzenie o niskim prawdopodobieństwie, ale o gigantycznych, katastrofalnych skutkach, które zmieniłoby bieg dziejów całej Europy Środkowej.