Gość (83.4.*.*)
Wybór Gabriela Narutowicza na pierwszego prezydenta odrodzonej Rzeczypospolitej w grudniu 1922 roku wywołał w Polsce prawdziwą burzę polityczną. Choć dziś pamiętamy go przede wszystkim jako tragicznie zmarłego męża stanu, w tamtym czasie prawicowa opozycja, skupiona wokół Narodowej Demokracji (Endecji), wytoczyła przeciwko niemu najcięższe działa. Jednym z głównych punktów ataku był rzekomy brak polskiego obywatelstwa lub jego „niepełnowartościowość”. Spór ten nie był jedynie debatą prawną – był elementem brutalnej walki o to, kto ma prawo decydować o losach kraju.
Głównym argumentem środowisk prawicowych był fakt, że Gabriel Narutowicz przez ponad 30 lat mieszkał w Szwajcarii. Wyjechał tam na studia w 1886 roku i odniósł spektakularny sukces jako inżynier oraz profesor budownictwa wodnego na Politechnice w Zurychu. Dla jego przeciwników był on „człowiekiem z zewnątrz”, który nie znał realiów odrodzonej Polski.
Podnoszono przede wszystkim kwestię naturalizacji w Szwajcarii. Narutowicz rzeczywiście posiadał obywatelstwo szwajcarskie, co w oczach Endecji dyskwalifikowało go jako głowę państwa polskiego. Argumentowano, że:
Prawicowa prasa, m.in. „Gazeta Warszawska”, pisała wprost, że Narutowicz jest „narzucony przez mniejszości narodowe” (Żydów, Niemców i Ukraińców), a jego wybór to policzek dla „rdzennych Polaków”. Zarzut braku obywatelstwa był więc wygodnym narzędziem do podważenia legalności jego mandatu.
Zwolennicy Narutowicza oraz on sam odpierali te zarzuty, opierając się na obowiązujących wówczas przepisach. Kluczowym dokumentem była Ustawa o obywatelstwie Państwa Polskiego z 20 stycznia 1920 roku.
Zgodnie z jej zapisami, obywatelstwo polskie przysługiwało każdej osobie, która była osiedlona na terytorium RP, o ile nie przysługiwało jej obywatelstwo innego państwa na mocy traktatów międzynarodowych. Co ważniejsze, prawo to uznawało za obywateli osoby, które pełniły funkcje publiczne w państwie polskim.
Argumenty za legalnością prezydentury Narutowicza były następujące:
Warto dodać, że posiadanie podwójnego obywatelstwa (szwajcarskiego i polskiego) nie było w tamtym czasie przez polskie prawo wyraźnie zakazane w sposób, który uniemożliwiałby sprawowanie urzędu, o ile obywatelstwo polskie było nabyte i uznane.
Interesującym faktem, który często wykorzystywano przeciwko Gabrielowi, była postać jego brata – Stanisława Narutowicza. Stanisław był litewskim działaczem politycznym i jednym z sygnatariuszy Aktu Niepodległości Litwy w 1918 roku. Dla polskich nacjonalistów był to kolejny dowód na „podejrzane” korzenie rodziny Narutowiczów, mimo że Gabriel zawsze deklarował się jako gorący polski patriota.
Z czysto prawniczego punktu widzenia zarzuty o brak obywatelstwa były bezzasadne. Gabriel Narutowicz przeszedł całą procedurę weryfikacyjną, gdy obejmował teki ministerialne w gabinetach Władysława Grabskiego czy Wincentego Witosa. Gdyby rzeczywiście nie był obywatelem polskim, jego nominacje na ministra zostałyby podważone znacznie wcześniej.
Atak na Narutowicza miał charakter stricte polityczny i ideologiczny. Chodziło o stworzenie narracji, w której prezydent wybrany głosami lewicy, centrum i mniejszości narodowych jest „obcym ciałem” w polskim organizmie państwowym. Niestety, ta agresywna kampania nienawiści, podsycona wątpliwościami co do jego pochodzenia i statusu prawnego, doprowadziła do tragicznego finału – zamachu w galerii Zachęta 16 grudnia 1922 roku, zaledwie kilka dni po zaprzysiężeniu.
Spór o obywatelstwo Gabriela Narutowicza był jednym z najsmutniejszych rozdziałów początków II Rzeczypospolitej. Pokazał on, jak łatwo argumenty prawne mogą zostać nagięte do celów politycznych. Choć Narutowicz był wybitnym naukowcem i lojalnym obywatelem, który porzucił dostatnie życie w Szwajcarii, by służyć Polsce, dla swoich przeciwników pozostał „cudzoziemcem”. Dziś historycy nie mają wątpliwości: Gabriel Narutowicz był pełnoprawnym obywatelem i legalnie wybranym prezydentem, a oskarżenia o brak obywatelstwa były jedynie pretekstem do walki z wizją Polski wielokulturowej i demokratycznej.