Gość (37.30.*.*)
Wizja rycerza na białym koniu i damy serca, którzy pobierają się z wielkiej miłości, to w dużej mierze wytwór późniejszej literatury i kina. W rzeczywistości historycznej, od średniowiecza aż po niemal początki XX wieku, małżeństwo było postrzegane nie jako zwieńczenie uczucia, ale jako kluczowy instrument polityki, ekonomii i strategii przetrwania rodu. Dorosłe dzieci, niezależnie od płci, często stawały się pionkami na szachownicy interesów swoich rodziców.
W średniowieczu małżeństwo było traktowane jak fuzja dwóch przedsiębiorstw lub sojusz militarny. Wśród wyższych sfer – rycerstwa i magnaterii – dzieci były „kapitałem”, który należało jak najlepiej zainwestować. Poprzez odpowiednie wydanie córki za mąż lub ożenek syna można było powiększyć terytorium, zakończyć wieloletni spór graniczny lub zyskać potężnego sojusznika.
Co ciekawe, choć Kościół katolicki formalnie wymagał dobrowolnej zgody obu stron (tzw. konsensusu), w praktyce opór wobec woli rodziców był niezwykle rzadki i ryzykowny. Przymus nie musiał być fizyczny – wystarczyła presja psychiczna, groźba wydziedziczenia lub po prostu brak alternatywy życiowej. Dla kobiety z wyższych sfer jedyną drogą poza małżeństwem był zazwyczaj klasztor, co również nie zawsze było kwestią wolnego wyboru.
Mogłoby się wydawać, że przedmiotowe traktowanie dzieci dotyczyło tylko elit. Nic bardziej mylnego. W warstwie chłopskiej małżeństwo było kwestią czysto ekonomiczną. Chodziło o połączenie gruntów, dostęp do inwentarza czy zapewnienie rąk do pracy. Wybór partnera często zależał od tego, czy jego gospodarstwo sąsiadowało z naszym lub czy wnosił w posagu krowę, narzędzia lub prawo do wyrębu lasu.
W tym kontekście „przedmiotowość” polegała na tym, że indywidualne szczęście jednostki było całkowicie podporządkowane dobru wspólnoty rodzinnej. Rodzice decydowali o losie dzieci, kierując się pragmatyzmem, a nie emocjami.
Warto wspomnieć o pewnym paradoksie. Już w XII wieku prawo kanoniczne zaczęło kłaść nacisk na to, że małżeństwo bez zgody małżonków jest nieważne. Teoretycznie dawało to dzieciom narzędzie do obrony przed niechcianym związkiem. W praktyce jednak system społeczny był tak skonstruowany, że dorosłe dziecko rzadko miało odwagę powiedzieć „nie” przed ołtarzem.
Ciekawostką jest fakt, że istniały tzw. małżeństwa potajemne (clandestine marriages), zawierane bez zgody rodziców, jedynie w obecności świadków. Choć Kościół ich nie pochwalał, uznawał je za ważne, co czasem stawało się drogą ucieczki dla zakochanych par. Zmienił to dopiero Sobór Trydencki w XVI wieku, wprowadzając obowiązek zawierania ślubów w obecności proboszcza, co ułatwiło rodzinom kontrolę nad wyborami dzieci.
Proces odchodzenia od przedmiotowego traktowania dzieci w kontekście małżeństwa był długi i nierównomierny. Pierwsze wyraźne pęknięcia w tym systemie pojawiły się w XVIII wieku wraz z epoką oświecenia i wzrostem znaczenia indywidualizmu.
Wiek XIX przyniósł kult miłości romantycznej, ale paradoksalnie wciąż był to czas „dobrych partii”. Literatura Jane Austen czy Bolesława Prusa doskonale pokazuje to napięcie: z jednej strony pragniemy miłości, z drugiej – status materialny kandydata jest kluczowy. Wśród mieszczaństwa i arystokracji XIX wieku aranżowane małżeństwa wciąż były normą, choć coraz częściej dzieciom dawano prawo weta lub pozwalano na wybór spośród „zaakceptowanych” kandydatów.
Prawdziwy koniec masowej praktyki aranżowania małżeństw w kulturze zachodniej przyniósł dopiero wiek XX, a konkretnie okres po I wojnie światowej. Zmiany społeczne, emancypacja kobiet oraz większa mobilność zawodowa sprawiły, że młodzi ludzie stali się niezależni finansowo od swoich rodziców.
Ostatecznym „gwoździem do trumny” starego systemu była rewolucja obyczajowa lat 60. XX wieku. To wtedy ostatecznie utrwalił się model małżeństwa oparty wyłącznie na autonomicznej decyzji dwojga ludzi.
Choć w zachodnim kręgu kulturowym traktowanie dzieci jako narzędzi do budowania rodzinnych fortun odeszło do lamusa, w skali globalnej proces ten wciąż trwa. W wielu kulturach Azji, Afryki czy Bliskiego Wschodu aranżowane małżeństwa (często mylone z małżeństwami przymusowymi) nadal stanowią istotny element struktury społecznej.
Warto też zauważyć, że nawet w nowoczesnych społeczeństwach echa dawnych praktyk pobrzmiewają w subtelniejszej formie – poprzez sugestie rodziców, presję środowiskową czy dobieranie się ludzi o podobnym statusie ekonomicznym i wykształceniu (tzw. homogamia). Różnica polega jednak na tym, że dziś mamy prawo wyboru, za które nasi przodkowie musieliby zapłacić ogromną cenę społeczną i rodzinną.