Gość (37.30.*.*)
Przejście od luźnych struktur plemiennych do skomplikowanych organizmów państwowych to jeden z najbardziej fascynujących procesów w dziejach ludzkości. Choć może się wydawać, że państwo jest „naturalnym” etapem rozwoju, historycy, archeolodzy i socjolodzy od dekad spierają się o to, co dokładnie pchnęło nas w stronę hierarchii, podatków i biurokracji. Nie ma jednej, uniwersalnej odpowiedzi, ale nauka wypracowała kilka solidnych teorii, które rzucają światło na ten cywilizacyjny przełom.
Trudno wyobrazić sobie powstanie państwa bez przejścia na osiadły tryb życia. Dopóki ludzie żyli jako zbieracze i łowcy, ich grupy były małe, mobilne i dość egalitarne. Wszystko zmieniło się około 10 tysięcy lat temu wraz z udomowieniem roślin i zwierząt.
Rolnictwo pozwoliło na wytworzenie nadwyżek żywności. Po raz pierwszy w historii nie każdy musiał zajmować się zdobywaniem jedzenia. To otworzyło drogę do specjalizacji: pojawili się rzemieślnicy, kupcy, a z czasem – kapłani i wojownicy. Nadwyżki trzeba było jednak magazynować i sprawiedliwie (lub nie) rozdzielać, co wymagało zarządzania. W ten sposób z naturalnych liderów plemiennych zaczęła wyłaniać się kasta rządząca.
Jedną z najsłynniejszych koncepcji jest tzw. teoria hydrauliczna, spopularyzowana przez Karla Wittfogela. Badacz ten zauważył, że pierwsze wielkie cywilizacje – jak Mezopotamia, Egipt czy Chiny – powstały w dolinach wielkich rzek.
Zarządzanie wodą na terenach suchych wymagało budowy skomplikowanych systemów irygacyjnych: kanałów, tam i zbiorników. Jedna rodzina czy nawet mały klan nie były w stanie podołać takiemu wyzwaniu. Potrzebna była masowa mobilizacja siły roboczej i centralne planowanie. Według tej teorii, to właśnie konieczność kontrolowania zasobów wodnych wymusiła powstanie silnej, scentralizowanej władzy, która z czasem przekształciła się w aparat państwowy.
Nie wszyscy historycy wierzą w pokojowy scenariusz „umowy społecznej”. Robert Carneiro sformułował teorię przymusu, znaną również jako teoria ograniczenia przestrzennego. Zauważył on, że państwa powstawały najczęściej tam, gdzie ziemia uprawna była ograniczona przez bariery naturalne (pustynie, góry, oceany).
Gdy populacja w takim „zamkniętym” obszarze rosła, dochodziło do walk o zasoby. W przeciwieństwie do otwartych stepów, pokonani nie mieli dokąd uciec. Musieli podporządkować się zwycięzcom, płacić daniny i uznać ich władzę. W tym ujęciu państwo nie powstało dlatego, że ludzie go chcieli, ale dlatego, że silniejsi narzucili swoją wolę słabszym, tworząc system administracyjny do ściągania haraczu.
Współczesne badania coraz częściej podkreślają, że same czynniki ekonomiczne czy militarne to za mało, by utrzymać tysiące ludzi w ryzach. Tu wkracza religia. W społeczeństwach plemiennych więzi opierały się na pokrewieństwie – wszyscy byli „rodziną”. W państwie, gdzie żyją tysiące obcych sobie osób, potrzebny był nowy „klej”.
Władcy wczesnych państw często legitymizowali swoją pozycję, podając się za bogów lub ich namiestników na ziemi. Świątynie stały się pierwszymi centrami administracyjnymi i skarbcami. To wiara w nadrzędny porządek pozwalała ludziom zaakceptować fakt, że ktoś inny nimi rządzi i odbiera im część plonów.
Warto wiedzieć, że przejście do struktur państwowych nie zawsze oznaczało poprawę jakości życia jednostki. Badania szkieletów z wczesnych okresów rolniczych sugerują, że pierwsi „obywatele” państw byli często gorzej odżywieni i bardziej chorowici niż ich przodkowie – wolni łowcy-zbieracze. Państwo oferowało jednak coś, czego plemię nie mogło zapewnić na taką skalę: bezpieczeństwo przed innymi grupami oraz stabilność w obliczu klęsk żywiołowych dzięki zgromadzonym zapasom.
Historycy są dziś zgodni co do jednego: nie było jednej ścieżki. To, co zadziałało w Egipcie (rzeka), mogło wyglądać zupełnie inaczej w Ameryce Środkowej u Majów (religia i handel) czy w Europie (wojny i migracje). Przejście od plemienia do państwa było procesem wielowymiarowym, w którym technologia, geografia i psychologia społeczna splotły się w jeden nierozerwalny węzeł.
Można powiedzieć, że państwo powstało z konieczności opanowania chaosu, jaki wywołał sukces demograficzny człowieka. Gdy było nas zbyt wielu, by znać każdego z imienia, musieliśmy wymyślić system, który pozwoli nam żyć obok siebie bez nieustannego konfliktu – i tak narodziła się cywilizacja, jaką znamy.