Gość (37.30.*.*)
Wyobraź sobie, że idziesz do lekarza, psychologa lub pedagoga, czując się całkowicie dobrze i funkcjonując bez zarzutu. Specjalista nie bada jednak Twoich obecnych objawów. Zamiast tego analizuje Twój kod genetyczny, skanuje mózg lub przygląda się Twoim wczesnym zachowaniom z dzieciństwa, aby postawić diagnozę dotyczącą czegoś, co... dopiero może się wydarzyć. To nie jest scenariusz filmu science fiction, ale rzeczywistość, którą brytyjski socjolog Nikolas Rose – rozwijając myśl Michela Foucaulta – nazwał „diagnozą podatności” (ang. diagnosis of susceptibility).
W psychologii i pedagogice to pojęcie otwiera zupełnie nowy, niezwykle śliski rozdział w relacji między wiedzą, władzą a naszą wolnością. Czym dokładnie jest to zjawisko, jak przebiega w praktyce, dlaczego budzi tak ogromny niepokój badaczy i jak możemy się przed nim bronić?
Aby zrozumieć diagnozę podatności, musimy cofnąć się do klasycznych analiz Michela Foucaulta dotyczących biopolityki i tzw. rządomyślności (governmentality). Foucault pokazał, jak nowoczesne państwa i instytucje (szkoły, szpitale, więzienia) przestały rządzić za pomocą surowej siły fizycznej, a zaczęły zarządzać życiem populacji za pomocą wiedzy naukowej.
W XX wieku to zarządzanie opierało się na kalkulacji ryzyka. Instytucje identyfikowały „grupy ryzyka” (np. dzieci z ubogich rodzin, osoby z określonych środowisk) na podstawie statystyk i prawdopodobieństwa, a następnie kierowały do nich programy profilaktyczne.
W XXI wieku, wraz z rozwojem genetyki molekularnej, neurobiologii i zaawansowanej psychologii, nastąpiło przesunięcie. Jak zauważa Nikolas Rose, współczesna biopolityka porzuca myślenie wyłącznie kategoriami całych grup na rzecz indywidualnej podatności.
Diagnoza podatności to proces identyfikowania u konkretnej, zdrowej jednostki ukrytych predyspozycji (biologicznych, neurologicznych czy behawioralnych) do przyszłych patologii, chorób lub zaburzeń zachowania (takich jak depresja, ADHD, skłonności przestępcze czy trudności w nauce). W ten sposób rodzi się nowa kategoria ludzi: „bezobjawowo lub przedobjawowo chorzy”. Osoby te nie doświadczają żadnego cierpienia ani dysfunkcji, ale noszą w sobie „markery podatności”, które czynią je obiektem zainteresowania ekspertów.
Diagnoza podatności nie czeka na moment, w którym pacjent lub uczeń zgłosi się po pomoc. Jest ona aktywna, wyprzedzająca i opiera się na kilku kluczowych technologiach:
Dzięki badaniom DNA specjaliści poszukują polimorfizmów genetycznych, które mogą (choć wcale nie muszą) korelować z podatnością na zaburzenia psychiczne, uzależnienia czy trudności adaptacyjne. Choć taka diagnoza ma charakter czysto probabilistyczny (wskazuje jedynie na podwyższone ryzyko), traktuje się ją jako twardy dowód biologiczny.
Skanowanie mózgu (fMRI, EEG) oraz badanie poziomu neuroprzekaźników służą do poszukiwania „anomalii” w budowie lub funkcjonowaniu układu nerwowego. Na tej podstawie próbuje się przewidzieć m.in. podatność dziecka na impulsywność, agresję czy deficyty uwagi, zanim te zachowania w ogóle zamanifestują się w klasie szkolnej.
W przedszkolach i szkołach przeprowadza się standaryzowane testy przesiewowe, które mają na celu zdiagnozowanie np. „ryzyka dysleksji” lub „podatności na niedostosowanie społeczne”. Obserwuje się subtelne zachowania dziecka, styl zabawy czy interakcje z rówieśnikami, dopatrując się w nich wczesnych zwiastunów przyszłych problemów.
Współczesna diagnoza podatności coraz częściej korzysta z systemów cyfrowych. Analiza ocen szkolnych, absencji, historii wyszukiwania w sieci, a nawet postów w mediach społecznościowych pozwala algorytmom na tworzenie profili psychologicznych i przewidywanie, który uczeń jest podatny np. na radykalizację, depresję czy porzucenie szkoły.
Na pierwszy rzut oka idea ta brzmi szlachetnie – w końcu zapobieganie jest lepsze niż leczenie. Jednak z perspektywy krytycznej psychologii i pedagogiki, diagnoza podatności niesie ze sobą ogromne zagrożenia:
Obrona przed diagnozą podatności jest trudna, ponieważ działa ona w sposób niezwykle subtelny – często pod maską troski, pomocy i nowoczesnej nauki. Foucault i jego kontynuatorzy dają nam jednak narzędzia do stawiania oporu:
Pierwszym krokiem jest zrozumienie, że diagnozy psychologiczne i pedagogiczne nie są absolutnymi, obiektywnymi prawdami o człowieku, lecz konstruktami społecznymi. Kiedy ekspert mówi o „podatności”, warto zadać pytania: Kto ustalił te normy? Czemu służy ta diagnoza? Kto na niej zyskuje (np. firmy farmaceutyczne, instytucje kontroli)?
Mamy prawo nie zgodzić się na to, by nasza tożsamość została zredukowana do biologicznego ryzyka. Opór polega tu na odrzuceniu języka patologii i budowaniu własnych, alternatywnych opowieści o sobie, które wykraczają poza kliniczne klasyfikacje.
W swojej późnej twórczości Foucault pisał o „technologiach siebie” (technologies of the self) – praktykach, dzięki którym jednostka może samodzielnie kształtować swoją podmiotowość, dbać o siebie i tworzyć własną etykę poza dominującymi systemami władzy i dyscypliny. To sztuka świadomego samookreślenia, która mówi: „Mój mózg i moje geny mogą mieć określone cechy, ale to ja decyduję, kim jestem i jak działam”.
Kiedy szkoła lub instytucja próbuje diagnozować „podatność” dziecka na problemy, należy głośno domagać się zmiany warunków środowiskowych, a nie biologicznej modyfikacji jednostki. Zamiast prewencyjnej terapii dla „podatnego” ucznia, walczmy o mniejsze klasy, lepsze wsparcie emocjonalne i eliminację systemowej przemocy.
W dobie cyfrowej diagnozy podatności kluczowa jest ochrona naszych danych wrażliwych. Ograniczanie zgody na masowe, nieuzasadnione testy przesiewowe, dbałość o prywatność w sieci oraz sceptycyzm wobec komercyjnych testów genetycznych to nowoczesne formy samoobrony przed biopolitycznym profilowaniem.