Gość (37.30.*.*)
Kanał Zero, projekt zainicjowany przez Krzysztofa Stanowskiego, stał się jednym z najgorętszych tematów w polskiej sferze medialnej. Wielu obserwatorów zadaje sobie pytanie: czy to, co oglądamy na YouTube, to już nowoczesna telewizja, czy może zupełnie nowy gatunek rozrywki? Choć formatem przypomina tradycyjne stacje, diabeł tkwi w szczegółach, a określenie go mianem „niskobudżetowego” może być mylące, jeśli nie weźmiemy pod uwagę specyfiki współczesnych mediów cyfrowych.
Tradycyjna telewizja kojarzy nam się ze sztywną ramówką, profesjonalnym studiem i szerokim wachlarzem treści – od wiadomości, przez publicystykę, aż po rozrywkę. Kanał Zero realizuje niemal wszystkie te punkty, ale robi to na własnych zasadach. Mamy tu poranki na żywo, programy wieczorne, debaty polityczne, formaty naukowe i lifestyle’owe. Z perspektywy widza, który zasiada przed telewizorem z aplikacją YouTube, różnica między Kanałem Zero a TVN24 czy Polsat News zaczyna się zacierać.
To, co czyni go „nowoczesnym”, to przede wszystkim interaktywność i brak bariery wejścia. Widzowie mogą na bieżąco komentować transmisje, wpływać na przebieg rozmowy, a twórcy nie są ograniczeni koncesjami czy sztywnym czasem antenowym. Jeśli temat jest gorący, program może trwać trzy godziny zamiast zaplanowanej godziny – w tradycyjnej telewizji byłoby to logistycznym koszmarem.
Twierdzenie, że Kanał Zero jest niskobudżetowy, wymaga doprecyzowania. Jeśli porównamy go do gigantów takich jak Netflix czy Canal+, które wydają miliony na produkcję seriali i zakup praw do transmisji Ligi Mistrzów, to rzeczywiście – budżet projektu Stanowskiego jest ułamkiem tych kwot. Jednak w kategorii mediów internetowych, Kanał Zero to prawdziwa potęga finansowa.
Inwestycje w sprzęt, nowoczesne studio w Warszawie, zatrudnienie kilkudziesięciu osób (operatorów, montażystów, wydawców) oraz gaże dla znanych nazwisk (takich jak Robert Mazurek czy naukowcy i eksperci) generują koszty idące w miliony złotych miesięcznie. Brak filmów i sportu nie wynika tylko z braku funduszy, ale z modelu biznesowego. Prawa do transmisji sportowych są obecnie najdroższym towarem na rynku medialnym, a ich zakup przez kanał na YouTube byłby trudny do zmonetyzowania bez systemu Pay-Per-View lub ogromnych subskrypcji.
Kanał Zero wpisuje się w trend „creator-led media”, czyli mediów budowanych wokół konkretnych osobowości. W tradycyjnej telewizji to stacja jest marką. Tutaj marką są ludzie. To podejście pozwala na znacznie większą elastyczność. Nowoczesność tego formatu objawia się w tym, że redakcja potrafi zareagować na ważne wydarzenie w ciągu kilkunastu minut, uruchamiając transmisję „na żywo” z domu lub mobilnego studia.
Warto też zauważyć, że Kanał Zero wypełnia lukę po tradycyjnej telewizji, która dla młodszego pokolenia stała się zbyt powolna i zbyt sformalizowana. Brak filmów czy seriali nie jest tu postrzegany jako wada, ponieważ od tego widzowie mają platformy streamingowe. Kanał Zero ma być „drugim ekranem” – źródłem informacji i opinii, które towarzyszy nam w ciągu dnia.
Polska jest jednym z liderów europejskich pod względem konsumpcji treści typu „live” na YouTube. Sukces Kanału Zero nie wziął się z próżni – wcześniej grunt przygotowały kanały sportowe (jak Kanał Sportowy) oraz streamerzy gamingowi. To pokazuje, że polski widz jest gotowy na rezygnację z tradycyjnego kabla na rzecz darmowych treści w internecie, które jakością obrazu i dźwięku nie odbiegają już od standardów telewizyjnych.
Podsumowując, Kanał Zero można nazwać nowoczesną telewizją internetową, która świadomie rezygnuje z najdroższych formatów (filmy, sport) na rzecz publicystyki i rozrywki opartej na dialogu. Nie jest to projekt niskobudżetowy w skali internetu, ale jest znacznie efektywniejszy kosztowo niż tradycyjne stacje, co pozwala mu na niezależność i szybki rozwój.