Gość (37.30.*.*)
Seria filmów BloodRayne to jeden z najbardziej specyficznych rozdziałów w historii ekranizacji gier wideo. Choć pierwowzór od studia Terminal Reality był stylowym, mrocznym akcyjniakiem o dhampirzycy wyrzynającej nazistów i potwory, filmy podążyły w zupełnie innym, często niezrozumiałym dla fanów kierunku. Za sterami całej trylogii stanął Uwe Boll – reżyser, który w świecie kina zyskał status niemal legendarny, choć niekoniecznie z powodów, z których można być dumnym.
Nie da się mówić o BloodRayne, nie wspominając o jej twórcy. Uwe Boll stał się ikoną kina klasy B (a czasem i Z) dzięki wykorzystywaniu luk w niemieckim systemie podatkowym, co pozwalało mu finansować produkcje, które rzadko na siebie zarabiały. BloodRayne jest idealnym przykładem jego stylu: z jednej strony mamy do czynienia z niską jakością wykonania i chaotycznym scenariuszem, a z drugiej – z zaskakująco wysokobudżetową obsadą w pierwszej części.
Boll był tak pewny swego, że w pewnym momencie wyzwał swoich krytyków na ring bokserski. Co ciekawe, naprawdę doszło do walk, w których reżyser (mający doświadczenie w boksie amatorskim) znokautował kilku internetowych recenzentów. Ta otoczka kontrowersji sprawiła, że filmy o Rayne stały się obiektem fascynacji fanów „złego kina”.
Największym zaskoczeniem dla kogoś, kto po raz pierwszy sięga po BloodRayne z 2005 roku, jest lista płac. W filmie wystąpili między innymi:
Jak udało się ściągnąć takie nazwiska do produkcji, która od początku zapowiadała się na artystyczną klęskę? Odpowiedzią były zazwyczaj wysokie gaże płacone „z góry” oraz egzotyczne lokalizacje planów zdjęciowych (pierwszą część kręcono w Rumunii). Ben Kingsley w wywiadach przyznawał później z rozbrajającą szczerością, że zawsze chciał zagrać wampira, a ten film mu to umożliwił.
Seria BloodRayne jest unikalna pod względem tego, jak bardzo każda kolejna część różni się od poprzedniej. Zamiast trzymać się jednej estetyki, Boll fundował widzom gatunkowy rollercoaster:
Produkcja tych filmów obrosła wieloma anegdotami, które często są ciekawsze niż same scenariusze.
Uwe Boll w komentarzu reżyserskim do pierwszej części przyznał, że w scenach w domu publicznym zamiast statystek zatrudnił prawdziwe rumuńskie pracownice seksualne. Argumentował to oszczędnością – ich stawki miały być niższe niż profesjonalnych aktorów, a efekt „bardziej autentyczny”.
Podczas kręcenia trzeciej części (The Third Reich), Boll wpadł na pomysł wykorzystania tych samych planów, kostiumów i części obsady do stworzenia... parodii własnego filmu. Tak powstała „Blubberella” – film o otyłej superbohaterce, który jest niemal identyczny pod względem wizualnym co trzecia BloodRayne, ale utrzymany w tonie absurdalnej komedii.
Fani gier wytykali filmom liczne błędy w mitologii. W grach Rayne jako dhampirzyca była wrażliwa na wodę (działała na nią jak kwas). W pierwszej części filmu widzimy jednak scenę, w której bohaterka bez problemu przebywa w deszczu i znajduje się blisko zbiorników wodnych, co dla graczy było kompletnym zignorowaniem zasad świata przedstawionego.
Jeśli szukasz wysokiej jakości kina grozy lub wiernej adaptacji gry, prawdopodobnie będziesz rozczarowany. Jeśli jednak należysz do miłośników filmów typu „tak złe, że aż dobre”, trylogia BloodRayne zapewni Ci mnóstwo rozrywki. To fascynujący przykład tego, co dzieje się, gdy reżyser z ogromnym ego i specyficznym podejściem do biznesu dostaje do rąk znaną markę i budżet pozwalający na zatrudnienie hollywoodzkich gwiazd.
Warto dodać, że gry z serii BloodRayne doczekały się niedawno odświeżonych wersji (Terminal Cut), co pokazuje, że sama postać rudej dhampirzycy wciąż ma swoich fanów, mimo że filmy mocno nadszarpnęły jej reputację w świecie popkultury.