Gość (37.30.*.*)
W świecie tenisa termin „Wielki Szlem” jest świętością. Każdy fan wie, że składają się na niego cztery turnieje: Australian Open, Roland Garros, Wimbledon oraz US Open. Jednak od lat w kuluarach, wśród ekspertów i samych zawodników, toczy się ożywiona dyskusja na temat tego, który turniej zasługuje na miano „piątej lewy” Wielkiego Szlema. Choć oficjalnie taki tytuł nie istnieje, środowisko tenisowe niemal jednogłośnie wskazuje na jeden konkretny przystanek w kalendarzu.
Jeśli zapytasz profesjonalnego tenisistę o najważniejszy turniej poza Wielkim Szlemem, większość bez wahania odpowie: Indian Wells, znany oficjalnie jako BNP Paribas Open. Odbywający się co roku w marcu na kalifornijskiej pustyni turniej zyskał status legendy. To właśnie on jest najczęściej określany mianem „piątego Wielkiego Szlema”.
Dlaczego akurat Indian Wells? Powodów jest kilka, a każdy z nich sprawia, że to wydarzenie wykracza poza ramy standardowego turnieju rangi ATP Masters 1000 czy WTA 1000. Przede wszystkim chodzi o skalę. Indian Wells Tennis Garden to drugi co do wielkości stadion tenisowy na świecie (zaraz po Arthur Ashe Stadium w Nowym Jorku). Infrastruktura jest tam absolutnie topowa, a zawodnicy podkreślają, że standard obsługi i udogodnień często przewyższa to, co spotykają na niektórych turniejach wielkoszlemowych.
Istnieje kilka technicznych i organizacyjnych aspektów, które zbliżają ten turniej do Wielkiego Szlema:
Mówiąc o Indian Wells, nie sposób nie wspomnieć o turnieju w Miami. Te dwa wydarzenia odbywają się bezpośrednio po sobie i wspólnie tworzą tzw. „Sunshine Double”. Przez lata Miami Open również aspirowało do miana piątej lewy, zwłaszcza gdy turniej odbywał się w malowniczym Key Biscayne.
Obecnie jednak, po przenosinach na Hard Rock Stadium, Miami nieco straciło swój unikalny „vibe” na rzecz nowoczesności, podczas gdy Indian Wells utrzymało status najbardziej prestiżowego przystanku wiosennej części sezonu. Mimo to, wygranie obu tych turniejów w jednym roku jest uznawane za jedno z najtrudniejszych osiągnięć w tenisie, ustępujące rangą jedynie klasycznemu Wielkiemu Szlemowi.
W dyskusjach kibiców często pojawiają się inne kandydatury. Niektórzy uważają, że to ATP/WTA Finals (turniej mistrzów na koniec sezonu) powinien nosić to miano, ponieważ gra tam tylko ścisła elita. Jednak format tego turnieju (faza grupowa zamiast typowej drabinki pucharowej) sprawia, że trudno go porównywać do Wielkiego Szlema.
Z kolei Igrzyska Olimpijskie to kategoria sama w sobie. Złoty medal olimpijski w tenisie jest niezwykle cenny (pozwala na zdobycie tzw. Złotego Wielkiego Szlema, jeśli wygra się też cztery turnieje główne), ale odbywa się raz na cztery lata, co wyklucza go z regularnej debaty o „piątej lewie” sezonu.
Sukces Indian Wells jako „piątego Wielkiego Szlema” to w dużej mierze zasługa jednej osoby – Larry’ego Ellisona, współzałożyciela firmy Oracle. Miliarder kupił turniej w 2009 roku i wpompował w niego setki milionów dolarów. To dzięki niemu na każdym korcie (nawet treningowym) wprowadzono system Hawk-Eye, zainwestowano w luksusowe restauracje dla kibiców i stworzono warunki, które sprawiają, że fani tenisa z całego świata pielgrzymują na kalifornijską pustynię.
Podsumowując, choć oficjalny kalendarz ATP i WTA nigdy nie uzna piątego turnieju wielkoszlemowego, dla zawodników i kibiców sprawa jest jasna. Jeśli szukasz emocji, obsady i prestiżu godnego Wimbledonu czy US Open, marcowe Indian Wells jest miejscem, na które musisz zwrócić uwagę. Nie bez powodu mówi się o nim „Tennis Paradise”.