Gość (83.4.*.*)
Rozłam w Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) na frakcję banderowską (OUN-B) i melnykowską (OUN-M) był jednym z najbardziej krwawych wewnętrznych konfliktów w historii ukraińskiego ruchu narodowego. Gdyby Stepan Bandera zginął w tych bratobójczych walkach, zanim trafił do niemieckiej niewoli, sytuacja III Rzeszy na froncie wschodnim mogłaby potoczyć się nieco inaczej, choć prawdopodobnie nie zmieniłoby to ostatecznego wyniku wojny. Niemcy straciliby jednak ważne narzędzie polityczne, które starali się wykorzystać w krytycznym momencie zmagań z ZSRR.
Stepan Bandera spędził większość wojny w obozie koncentracyjnym Sachsenhausen, ale nie był tam traktowany jak zwykły więzień. Przebywał w specjalnym oddziale Zellenbau, gdzie przetrzymywano wysokiej rangi więźniów politycznych. Dla nazistów Bandera był żywym kapitałem – rodzajem „bezpiecznika”, który można było aktywować, gdyby sytuacja na froncie wschodnim stała się dramatyczna.
Gdyby Bandera zginął z rąk melnykowców w 1941 roku, Niemcy straciliby postać, która posiadała niemal mityczny status wśród ukraińskich partyzantów. W 1944 roku, kiedy Armia Czerwona parła na zachód, naziści zdecydowali się uwolnić Banderę, licząc na to, że jego autorytet zmobilizuje Ukraińską Powstańczą Armię (UPA) do jeszcze intensywniejszej walki przeciwko Sowietom. Bez niego ta próba stworzenia wspólnego frontu antybolszewickiego byłaby znacznie trudniejsza do zrealizowania.
Śmierć lidera w walce wewnętrznej często prowadzi do radykalizacji lub rozpadu ruchu. OUN-B opierała się na silnym kulcie jednostki. Brak Bandery mógłby doprowadzić do walk o sukcesję, co osłabiłoby impet ukraińskiego ruchu oporu w początkowej fazie okupacji niemieckiej. Z punktu widzenia III Rzeszy mogło to być początkowo korzystne – mniej zorganizowany opór na zapleczu frontu ułatwiał logistykę.
Jednak w dłuższej perspektywie, brak jednego, rozpoznawalnego lidera, z którym Niemcy mogliby podjąć jakiekolwiek rozmowy (nawet jeśli były one cyniczną grą), utrudniałby pacyfikację nastrojów na Ukrainie. Frakcja melnykowska, postrzegana jako bardziej ugodowa wobec Niemców, mogłaby przejąć dominację, ale nie cieszyła się ona tak dużym poparciem wśród młodych, radykalnych bojowników, którzy stanowili trzon UPA.
Niemcy, a konkretnie Alfred Rosenberg i kręgi związane z Ministerstwem Rzeszy do spraw Okupowanych Terytoriów Wschodnich, liczyli na wykorzystanie ukraińskiego nacjonalizmu jako taranu przeciwko Moskwie. Śmierć Bandery w walce z melnykowcami oznaczałaby, że najbardziej dynamiczna część tego ruchu zostałaby pozbawiona swojego symbolu.
Warto zauważyć kilka kluczowych aspektów:
Można z dużą pewnością stwierdzić, że nie. Losy III Rzeszy rozstrzygały się w starciach wielkich armii pod Stalingradem, Kurskiem i na łuku Dniepru. Ukraiński ruch narodowy, choć był istotnym czynnikiem destabilizującym zaplecze frontu, nie miał siły sprawczej, by odwrócić losy wojny totalnej.
Gdyby Bandera zginął wcześniej, Niemcy straciliby jedynie możliwość przeprowadzenia „operacji Bandera” w 1944 roku, czyli próby sformalizowania współpracy z nacjonalistami w obliczu radzieckiej ofensywy. Prawdopodobnie doprowadziłoby to do jeszcze większego chaosu na terenach dzisiejszej zachodniej Ukrainy, gdzie walki toczyłyby się między wieloma rozdrobnionymi grupami, co paradoksalnie mogło nawet przyspieszyć postępy Armii Czerwonej, nie napotykającej na skonsolidowany opór partyzancki.
Warto wiedzieć, że w tym samym bloku co Bandera w Sachsenhausen przebywali tacy ludzie jak kanclerz Austrii Kurt Schuschnigg czy polski komendant główny AK, generał Stefan „Grot” Rowecki. Niemcy traktowali te osoby jako „zakładników honorowych”. Los Roweckiego pokazuje jednak, że naziści nie wahali się likwidować swoich „kart przetargowych”, gdy uznawali, że przestają być użyteczni – generał został zamordowany tuż po wybuchu powstania warszawskiego. Bandera miał „szczęście”, że jego wartość polityczna w oczach Berlina wzrosła wraz z porażkami Wehrmachtu na wschodzie.