Gość (83.4.*.*)
Bitwa o ciężką wodę to jeden z najbardziej dramatycznych rozdziałów II wojny światowej, który do dziś rozpala wyobraźnię historyków i miłośników teorii spiskowych. Choć alianci wielokrotnie próbowali powstrzymać niemiecki program nuklearny, ostateczny cios zadano na spokojnych wodach norweskiego jeziora Tinnsjø. Pytanie, dlaczego wybrano akurat to miejsce, zamiast poczekać, aż transport wypłynie na otwarte morze, dotyka sedna strategii wojennej, logistyki i... bezwzględnej matematyki ryzyka.
Decyzja o zatopieniu promu SF Hydro na jeziorze Tinnsjø nie była dziełem przypadku, lecz wynikiem chłodnej kalkulacji. Gdyby alianci pozwolili transportowi dotrzeć do portu i załadować go na statek płynący przez Morze Północne, sytuacja skomplikowałaby się na kilku poziomach.
Po pierwsze, Morze Północne było w 1944 roku strefą pod silną kontrolą Luftwaffe i Kriegsmarine. Atak z powietrza lub za pomocą łodzi podwodnej na jednostkę płynącą w konwoju był obarczony ogromnym ryzykiem niepowodzenia. Gdyby torpeda chybiła lub bomba nie trafiła w cel, cenny ładunek ciężkiej wody mógłby bezpiecznie dotrzeć do Hamburga czy Szczecina. Na jeziorze Tinnsjø prom był „siedzącą kaczką” – poruszał się po stałej trasie, o konkretnej godzinie, bez eskorty niszczycieli.
Po drugie, kluczowym czynnikiem była głębokość. Jezioro Tinnsjø jest jednym z najgłębszych w Europie, osiągając w niektórych miejscach ponad 400 metrów głębokości. Alianci wiedzieli, że jeśli prom zatonie na takim dystansie od powierzchni, Niemcy nie będą mieli technicznych możliwości wydobycia beczek z ciężką wodą przy użyciu ówczesnego sprzętu nurkowego. Na Morzu Północnym, które jest stosunkowo płytkie (średnio 95 metrów), istniało realne ryzyko, że III Rzesza przeprowadzi operację wydobywczą i odzyska surowiec.
Wybór nocy jako pory przeprowadzenia sabotażu był podyktowany wyłącznie względami bezpieczeństwa norweskich dywersantów. Knut Haukelid i jego zespół musieli niepostrzeżenie wejść na pokład promu, zejść do ładowni i podłożyć ładunki wybuchowe w taki sposób, aby wybuch nastąpił w najgłębszym punkcie jeziora.
Operacja przeprowadzona w świetle dnia byłaby samobójstwem. Port w Mael, skąd wypływał prom, był pilnowany, a obecność obcych osób na pokładzie przed rejsem wzbudziłaby natychmiastowe podejrzenia. Noc dawała sabotażystom te kilka cennych godzin na precyzyjne ustawienie zapalników czasowych, które miały zadziałać, gdy SF Hydro znajdzie się nad największą głębią.
Warto wspomnieć o aspekcie, który często umyka w technicznych opisach tej operacji. Decyzja o zatopieniu promu na jeziorze była tragiczna w skutkach dla ludności cywilnej. Na pokładzie SF Hydro znajdowali się norwescy pasażerowie – kobiety i dzieci. Alianckie dowództwo (SOE) zdawało sobie z tego sprawę, ale uznało, że powstrzymanie Hitlera przed zdobyciem bomby atomowej jest warte każdej ceny.
W wyniku wybuchu, który nastąpił 20 lutego 1944 roku o godzinie 10:45 rano (zapalniki ustawiono w nocy, by wybuchły podczas rejsu), prom zatonął w ciągu zaledwie kilku minut. Zginęło 18 osób, w tym 14 cywilów. Z perspektywy Londynu była to jednak cena „akceptowalna”, biorąc pod uwagę wizję nazistowskich Niemiec uzbrojonych w broń masowego rażenia.
Przez lata po wojnie krążyły legendy, że transport był jedynie mistyfikacją, a Niemcy zdołali wywieźć najcenniejszy ładunek inną drogą. W 2004 roku ekipa badawcza National Geographic odnalazła wrak SF Hydro na dnie jeziora Tinnsjø.
Udało się wydobyć jedną z beczek (oznaczoną numerem 26). Po jej otwarciu i analizie chemicznej okazało się, że w środku rzeczywiście znajdował się tlenek deuteru o wysokim stężeniu. To ostatecznie potwierdziło, że misja norweskich sabotażystów była sukcesem i faktycznie zadała śmiertelny cios niemieckim marzeniom o reaktorze atomowym.
W procesie budowy reaktora jądrowego potrzebny jest tzw. moderator, który spowalnia neurony, umożliwiając podtrzymanie reakcji łańcuchowej. Niemieccy naukowcy, w przeciwieństwie do Amerykanów (którzy postawili na grafit), uznali, że najlepszym moderatorem będzie właśnie ciężka woda. Ponieważ jej produkcja była niezwykle czaso- i energochłonna, zniszczenie zapasów z fabryki Norsk Hydro w Vemork oraz zatopienie transportu na Tinnsjø cofnęło niemieckie badania o lata, których III Rzesza już nie miała.