Gość (37.30.*.*)
Wyobraźmy sobie istotę, która na pierwszy rzut oka przypomina człowieka, ale jej biologia i sposób interakcji ze światem pochodzą z zupełnie innego porządku ewolucyjnego. Taki organizm nie byłby po prostu „ulepszonym” Homo sapiens, lecz biologiczną maszyną przystosowaną do przetrwania w ekstremalnych warunkach, prawdopodobnie w całkowitej ciemności, żywiącą się tym, co dla nas jest kompletnie niejadalne. Analiza takiej metamorfozy prowadzi do fascynujących wniosków na temat wydajności energetycznej i granic ludzkiej fizjologii.
Najbardziej uderzającą zmianą w tym hipotetycznym modelu jest zestaw enzymów: lakkaza, peroksydaza ligninowa (LiP) oraz peroksydazy manganowe. W naturze te enzymy są domeną grzybów (tzw. białej zgnilizny drewna) i niektórych bakterii. Pozwalają one na rozkład ligniny – niezwykle twardego polimeru, który nadaje drzewom sztywność.
Dla typowego Homo sapiens drewno jest całkowicie niestrawne. Jednak nasz hipotetyczny osobnik mógłby dosłownie „jeść las”. Dzięki obecności tych enzymów oraz laktazy (pozwalającej trawić cukier mleczny), jego dieta stałaby się niemal nieograniczona. Co więcej, trzykrotnie wyższa wydajność pozyskiwania energii z tłuszczów (około 27 kcal z jednego grama zamiast 9 kcal) oraz półtorakrotnie większa z cukrów sprawiłaby, że jeden posiłek mógłby wystarczyć na wiele dni, a nawet tygodni intensywnego wysiłku.
Aby obsłużyć tak potężny metabolizm i zarządzać ogromnymi dawkami energii, organizm ten posiada drugą trzustkę. Jest to logiczne zabezpieczenie – jedna trzustka mogłaby nie nadążyć z produkcją insuliny i glukagonu przy tak wydajnym przetwarzaniu cukrów. Druga trzustka pełniłaby rolę stabilizatora, chroniąc organizm przed szokiem glikemicznym.
Z kolei podwojenie liczby czerwonych krwinek (erytrocytów) drastycznie zwiększyłoby zdolność transportu tlenu do mięśni. Taki osobnik posiadałby wydolność maratończyka bez żadnego treningu. Istnieje jednak ryzyko: krew o tak wysokim hematokrycie byłaby bardzo gęsta i lepka. Serce musiałoby być znacznie potężniejsze, aby przepompować taką „płynną masę” przez naczynia krwionośne, co w połączeniu z dwukrotnie większymi mięśniami pośladkowymi sugeruje istotę o niesamowitej sile eksplozywnej, zdolną do potężnych skoków lub błyskawicznego biegu pod górę.
Najbardziej drastyczną zmianą jest całkowita rezygnacja ze wzroku i słuchu na rzecz ekstremalnie rozwiniętego zmysłu dotyku. Pięciokrotnie więcej zakończeń nerwowych w skórze sprawiłoby, że każda zmiana ciśnienia powietrza, wibracja podłoża czy najmniejszy powiew wiatru byłyby odczuwane z precyzją, której nie potrafimy sobie wyobrazić.
Taki organizm „widziałby” świat poprzez tekstury i drgania. Brak uszu i oczu sugeruje ewolucję w środowisku, gdzie te zmysły są bezużyteczne – na przykład w głębokich systemach jaskiń lub pod ziemią. Wąskie usta i dwuipółkrotnie dłuższy język mogą wskazywać na nowy sposób pobierania pokarmu (np. z wąskich szczelin w skałach lub drzewach) oraz pełnienie przez język dodatkowych funkcji sensorycznych, podobnie jak u gadów, które „smakują” powietrze, by zlokalizować ofiarę lub przeszkodę.
Lignina to jeden z najtrudniejszych do rozłożenia związków organicznych na Ziemi. Gdyby nie grzyby produkujące peroksydazy (te same, które posiada nasz hipotetyczny człowiek), martwe drzewa nie gniłyby, lecz piętrzyły się w nieskończoność. W okresie karbonu, zanim ewolucja „wynalazła” te enzymy, martwe pnie drzew po prostu zalegały, co ostatecznie doprowadziło do powstania dzisiejszych złóż węgla kamiennego.
Choć taka istota wydaje się superorganizmem, napotkałaby na poważne problemy:
Hipotetyczny Homo sapiens o takiej charakterystyce byłby istotą niemal obcą. Zamiast obserwować świat, czułby go każdym centymetrem kwadratowym ciała, trawiąc materię, która dla nas jest martwym drewnem, i poruszając się z siłą, która czyniłaby go dominującym drapieżnikiem (lub uciekinierem) w swoim mrocznym, podziemnym ekosystemie. To wizja biologii skrajnie wydajnej, ale całkowicie odciętej od estetyki i bodźców, które definiują nasze ludzkie doświadczenie.