Gość (37.30.*.*)
Wyobraźmy sobie istotę, która na pierwszy rzut oka przypomina człowieka, ale jej biologia działa na zupełnie innych obrotach. Taka kombinacja cech — od fioletowych krwinek-grzejników po ekstremalną wrażliwość dotykową — całkowicie przedefiniowałaby to, jak żyjemy, gdzie budujemy miasta i jak wyglądają nasze relacje społeczne. Gdybyśmy nagle zyskali takie „supermoce” (i towarzyszące im ograniczenia), świat stałby się miejscem skrajności, w którym przetrwanie zależałoby od szerokości geograficznej bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.
Największą rewolucję odczuliby mieszkańcy dalekiej północy i południa. W rejonach podbiegunowych, gdzie mróz jest codziennością, nowe cechy biologiczne uczyniłyby z ludzi gatunek niemal niezniszczalny przez zimno.
Kluczową rolę odgrywałyby tu fioletowe krwinki pełniące funkcję mikropiecyków. Skoro 12,5% czerwonych krwinek generowałoby ciepło bezpośrednio w krwiobiegu, krew docierająca do dłoni czy stóp nigdy by nie zamarzała. W połączeniu z dwukrotnie większą energią pozyskiwaną z tłuszczów (gdzie 1 gram tłuszczu dawałby nie 9, a 18 kcal), człowiek stałby się biologicznym reaktorem. Dieta oparta na tranie czy tłuszczu fok, typowa dla Inuitów, pozwalałaby na przetrwanie tygodni w ekstremalnym mrozie przy minimalnych racjach żywnościowych.
Dodatkowo mniejsze oczy (o połowę mniejsza powierzchnia rogówki) byłyby naturalną ochroną przed ślepotą śnieżną i mroźnym wiatrem, a podwójna dawka melatoniny ułatwiałaby regulację rytmu dobowego podczas nocy polarnej, chroniąc przed depresją sezonową.
O ile na biegunach bylibyśmy bogami przetrwania, o tyle na równiku życie stałoby się walką o każdy oddech. W dżungli amazońskiej czy afrykańskiej sawannie fioletowe krwinki-piecyki stałyby się przekleństwem. Organizm, który sam produkuje ciepło „od środka”, w temperaturze 35°C i wysokiej wilgotności, błyskawicznie ulegałby hipertermii.
Co więcej, dwukrotnie większa liczba zakończeń nerwowych w skórze sprawiłaby, że palące słońce równikowe byłoby odczuwane jako fizyczny ból. Każdy podmuch gorącego wiatru czy dotyk szorstkiego ubrania byłby potęgowany do granic wytrzymałości. Ludzie w tych rejonach musieliby prawdopodobnie prowadzić tryb życia wyłącznie nocny (co wspierałaby wysoka produkcja melatoniny), spędzając dnie w jaskiniach lub głęboko pod ziemią, aby uniknąć bodźców termicznych i dotykowych.
Zdolność trawienia garbników to biologiczny „game changer”. Garbniki (tanniny) występują w korze drzew, żołędziach, niedojrzałych owocach i wielu roślinach, które dla dzisiejszego człowieka są niejadalne lub wręcz toksyczne.
Jednak mniejszy język (o połowę mniejszy od standardowego) zmieniłby sposób, w jaki jemy. Przeżuwanie twardych pokarmów bogatych w garbniki byłoby trudniejsze, a nasza mowa stałaby się mniej wyraźna, bardziej „bełkotliwa”, co wymusiłoby ewolucję nowych języków opartych na dźwiękach gardłowych.
W naturze kolor krwi zależy od metalu transportującego tlen. My mamy czerwoną krew dzięki żelazu (hemoglobina). Niebieską krew mają np. ośmiornice (miedź – hemocyjanina). Fioletowa krew występuje u niektórych morskich bezkręgowców (np. sikwiaków) dzięki hemerytrynie. Gdyby te krwinki pełniły funkcję mikropiecyków, prawdopodobnie wykorzystywałyby reakcje egzotermiczne (wydzielające ciepło) podczas wiązania tlenu, co jest fascynującą, choć nieistniejącą w świecie ssaków koncepcją.
Największym wyzwaniem społecznym byłaby degradacja zmysłów wzroku i słuchu. 2,5-krotnie gorszy słuch oznaczałby, że szept byłby niesłyszalny, a normalna rozmowa musiałaby przypominać krzyk. W miastach panowałaby względna cisza — hałas uliczny, który nas dziś drażni, dla „nowego człowieka” byłby ledwie słyszalnym mruczeniem.
Mniejsze oczy ograniczałyby pole widzenia i zdolność widzenia po zmierzchu (mniej światła wpadałoby do mniejszej źrenicy). Jednak podwójna liczba zakończeń nerwowych w skórze mogłaby to zrekompensować. Ludzie mogliby wykształcić zdolność „widzenia dotykiem” lub odczuwania zmian ciśnienia powietrza, co pozwalałoby omijać przeszkody — podobnie jak robią to niewidomi z niezwykle wyczulonym słuchem, tyle że tutaj rolę radaru przejęłaby skóra.
Gdybyśmy zestawili te cechy, otrzymalibyśmy portret istoty idealnie skrojonej pod epokę lodowcową:
Taki człowiek prawdopodobnie opuściłby rejony równikowe, zostawiając je innym gatunkom, i stworzyłby potężne cywilizacje na Antarktydzie, Grenlandii i Syberii, gdzie dzisiejsze surowe warunki byłyby dla niego optymalnym, przytulnym domem.