Gość (37.30.*.*)
Wyobraź sobie, że prowadzisz księgowość wielkiego imperium, zarządzasz dostawami zboża dla tysięcy żołnierzy albo budujesz akwedukt, a w twoim systemie liczbowym brakuje jednego z najważniejszych elementów współczesnej matematyki – zera. Dla nas zero jest naturalne, oczywiste i niezbędne, ale Rzymianie patrzyli na świat liczb w zupełnie inny sposób. Ich system był nastawiony na konkret, na to, co można dotknąć i policzyć, a „nic” po prostu nie wymagało zapisu cyfrowego.
Głównym powodem, dla którego w rzymskim systemie liczbowym nie znajdziemy odpowiednika naszego „0”, jest konstrukcja tego systemu. Nasz współczesny system (arabski) jest pozycyjny. To oznacza, że cyfra 1 może oznaczać jeden, dziesięć lub sto, w zależności od tego, gdzie stoi. Zero pełni w nim rolę „strażnika miejsca” (placeholdera) – mówi nam, że dana kolumna jest pusta.
Rzymianie używali systemu addytywnego. Każdy symbol miał stałą wartość: I to zawsze jeden, X to zawsze dziesięć, a C to zawsze sto. Nie potrzebowali zera, żeby odróżnić X od C, bo to po prostu dwa różne znaki. Jeśli nie było dziesiątek w danej liczbie, po prostu nie pisali X. Przykładowo, liczba 102 to CII. Brak dziesiątek jest widoczny poprzez ich nieobecność, a nie za pomocą specjalnego symbolu.
Choć w samym systemie cyfr zera nie było, Rzymianie oczywiście rozumieli koncepcję nicości. W handlu, prawie czy administracji musieli czasem zaznaczyć, że czegoś brakuje lub wynik wynosi zero. Jak to robili? Używali po prostu języka naturalnego.
Najczęściej stosowanym słowem było nulla, co po łacinie oznacza „nic” lub „żaden”. Jeśli urzędnik musiał zapisać, że w magazynie nie ma już wina, nie stawiał kółka, lecz pisał słowo nulla. W późniejszych okresach, szczególnie w średniowieczu, gdy skrybowie kopiowali rzymskie tablice astronomiczne lub obliczenia, zaczęli używać litery N (skrót od nulla), aby zaznaczyć brak wartości w tabelach. Był to krok w stronę traktowania „niczego” jako symbolu, ale wciąż nie była to cyfra w sensie matematycznym.
Warto pamiętać, że Rzymianie rzadko wykonywali skomplikowane obliczenia „na papierze” (czy raczej na papirusie lub woskowych tabliczkach). Do liczenia służyło im liczydło, zwane abacus.
Na rzymskim liczydle zero było widoczne gołym okiem – była to po prostu pusta linia lub kolumna, na której nie znajdował się żaden kamyk (calculus). Dla starożytnego matematyka brak kamyka był wystarczającą informacją. Problem pojawiał się dopiero w momencie, gdy wynik z liczydła trzeba było przenieść na formę pisemną. Wtedy po prostu pomijano daną jednostkę miary.
Skoro Rzymianie go nie mieli, to skąd się wzięło w Europie? Koncepcja zera jako pełnoprawnej liczby narodziła się w Indiach, a następnie została przejęta i rozwinięta przez świat arabski. Do Europy zero trafiło dopiero około XII wieku dzięki przekładom dzieł Al-Chwarizmiego. Początkowo budziło ogromny opór – uważano je za symbol podejrzany, a nawet magiczny. W niektórych miastach zakazywano używania cyfr arabskich (w tym zera), argumentując, że łatwiej je sfałszować niż cyfry rzymskie (wystarczyło dopisać zero, by dziesięciokrotnie zwiększyć dług!).
Z perspektywy czasu możemy powiedzieć, że tak. Brak zera i systemu pozycyjnego sprawiał, że rzymska matematyka była niezwykle ociężała. Spróbuj pomnożyć przez siebie w pamięci CCCLXIX przez XIV – to prawdziwy koszmar! Dlatego Rzymianie byli genialnymi inżynierami i budowniczymi, ale rzadko bywali teoretykami matematyki. Ich system był praktyczny, służył do budowania dróg i rozliczania podatków, a w tych dziedzinach słowo „nulla” w zupełności wystarczało, by opisać pustkę w sakiewce.
Dziś rzymskie cyfry spotykamy głównie na tarczach zegarów, w numeracji tomów książek czy imionach władców. I choć brakuje w nich zera, wciąż przypominają nam o czasach, gdy liczby były konkretnymi przedmiotami, a nie abstrakcyjnymi pojęciami.