Gość (83.4.*.*)
Film „Top Gun” z 1986 roku to bez wątpienia ikona kina akcji, która przyciągnęła do kin miliony widzów i sprawiła, że każdy nastolatek marzył o zostaniu pilotem marynarki wojennej. Choć produkcja ta do dziś zachwyca zdjęciami i klimatem, eksperci od lotnictwa oraz prawdziwi piloci myśliwscy od lat wytykają jej liczne błędy. Hollywoodzka wizja podniebnych starć ma niewiele wspólnego z tym, jak naprawdę wyglądają manewry i taktyka walki powietrznej. Twórcy filmu postawili na widowiskowość kosztem realizmu, co dla wprawnego oka jest aż nadto widoczne.
Jednym z najbardziej rzucających się w oczy błędów jest odległość między samolotami. W filmie widzimy myśliwce F-14 Tomcat latające niemal skrzydło w skrzydło, często w odległości zaledwie kilku metrów od siebie. W rzeczywistości taka formacja podczas walki lub nawet rutynowego lotu taktycznego byłaby skrajnie niebezpieczna i całkowicie niepraktyczna.
Piloci utrzymują znacznie większe dystanse, aby mieć miejsce na manewry i uniknąć kolizji przy gwałtownych zmianach kursu. Dlaczego więc w filmie latają tak blisko? Odpowiedź jest prosta: operatorzy kamer musieli zmieścić oba samoloty w jednym kadrze. Gdyby zachowano realne odległości, na ekranie widzielibyśmy jeden myśliwiec i małą kropkę gdzieś w oddali, co z perspektywy widza byłoby mało emocjonujące.
„I’ll hit the brakes, he’ll fly right by” – to jedna z najsłynniejszych kwestii Mavericka. Choć brzmi to genialnie i brawurowo, w świecie taktyki powietrznej taki manewr jest uważany za niemal samobójczy. Gwałtowne wytracenie prędkości (poprzez wypuszczenie hamulców aerodynamicznych i drastyczne zmniejszenie ciągu) w trakcie walki kołowej sprawia, że samolot traci energię kinetyczną.
W prawdziwym dogfightcie (walce na bliskim dystansie) „energia to życie”. Pilot, który pozbawia się prędkości, staje się łatwym celem – „siedzącą kaczką”. Nawet jeśli przeciwnik faktycznie by go wyprzedził, Maverick zostałby bez możliwości manewru, co pozwoliłoby drugiemu pilotowi na szybki powrót na jego ogon i oddanie strzału.
W 1986 roku nowoczesne myśliwce, takie jak F-14, były projektowane przede wszystkim do walki typu BVR (Beyond Visual Range), czyli poza zasięgiem wzroku. Dzięki potężnym radarom i pociskom dalekiego zasięgu (jak słynne AIM-54 Phoenix), piloci mogli zestrzelić przeciwnika z odległości wielu kilometrów, zanim w ogóle go zobaczyli.
W „Top Gun” niemal każda walka kończy się jednak starciem na krótkim dystansie, gdzie piloci widzą swoje twarze przez owiewki kabin. Choć szkoła TOPGUN faktycznie uczyła walki manewrowej (jako umiejętności niezbędnej, gdy zawiedzie technologia), film całkowicie pomija fakt, że większość współczesnych konfliktów powietrznych rozstrzyga się za pomocą przycisków i ekranów radarów, a nie akrobatycznych ewolucji rodem z I wojny światowej.
Słynna scena, w której Maverick i Goose lecą odwróceni plecami do kabiny radzieckiego MiG-a, by pokazać pilotowi środkowy palec, jest fizycznie niemożliwa do wykonania w taki sposób, jak pokazano w filmie. Stateczniki pionowe F-14 są na tyle wysokie, że przy tak bliskim zbliżeniu maszyny po prostu uderzyłyby o siebie ogonami. Ponadto, turbulencje generowane przez oba samoloty w tak bliskim sąsiedztwie najprawdopodobniej doprowadziłyby do katastrofy.
W filmie kabiny myśliwców przypominają kawiarnię – piloci nieustannie ze sobą rozmawiają, żartują, kłócą się i komentują każdy ruch. W rzeczywistości komunikacja radiowa w trakcie walki jest ograniczona do absolutnego minimum. Używa się krótkich, zakodowanych haseł (tzw. brevity codes), aby nie zaśmiecać kanału i przekazywać kluczowe informacje w ułamku sekundy.
Nadmierne gadanie Mavericka i jego kolegów w prawdziwej walce uniemożliwiłoby koordynację działań i zagłuszyło ważne ostrzeżenia systemów pokładowych. Realizm przegrał tu z potrzebą budowania dramaturgii i relacji między bohaterami.
Kiedy myśliwiec wykonuje gwałtowny zwrot, na pilota działają ogromne przeciążenia, sięgające nawet 7-9 G. Oznacza to, że jego ciało waży wtedy kilka razy więcej niż normalnie. W „Top Gun” aktorzy wyglądają w kabinach bardzo swobodnie – ich twarze są gładkie, a oddech spokojny.
W rzeczywistości pilot poddany takiemu ciśnieniu musi wykonywać specjalne manewry oddechowe i napinać mięśnie (tzw. manewr AGSM), aby krew nie odpłynęła z mózgu, co objawia się charakterystycznym stękaniem i grymasem na twarzy. Tom Cruise i reszta obsady w pierwszej części filmu wyglądali po prostu zbyt „ładnie” jak na ekstremalne warunki, w których rzekomo się znajdowali. Co ciekawe, błąd ten został naprawiony w kontynuacji – „Top Gun: Maverick” (2022) – gdzie aktorzy faktycznie latali w maszynach i doświadczali realnych przeciążeń, co widać na ich twarzach.
Mimo tych wszystkich nieścisłości, „Top Gun” pozostaje arcydziełem w swojej kategorii. Krytyka ze strony ekspertów wojskowych jest merytorycznie uzasadniona, ale film nigdy nie aspirował do bycia dokumentem. Jego celem było dostarczenie rozrywki i stworzenie legendy, co udało się z nawiązką. Gdyby walki powietrzne w filmie były w 100% realistyczne, oglądalibyśmy głównie kropki na zielonych ekranach radarów, co z pewnością nie stałoby się fundamentem popkultury lat 80.