Gość (37.30.*.*)
Pytanie o to, czy człowiek z natury jest istotą mroczną i nieszczęśliwą, towarzyszy nam od wieków. Rozważali je najwięksi filozofowie, a dziś pochylają się nad nim psycholodzy i biolodzy ewolucyjni. Krótka odpowiedź brzmi: to mit, choć mocno zakorzeniony w naszej kulturze i sposobie, w jaki postrzegamy świat. Ludzka natura jest znacznie bardziej złożona i, co ciekawe, ewolucja zaprogramowała nas raczej do współpracy i poszukiwania satysfakcji niż do siania zła i trwania w smutku.
Przez lata w filozofii dominował spór między Thomasem Hobbesem, który twierdził, że „człowiek człowiekowi wilkiem”, a Jean-Jacques’em Rousseau, wierzącym w pierwotną dobroć „szlachetnego dzikusa”. Współczesna nauka zdaje się jednak stawać po stronie tych, którzy widzą w nas istotę społeczną i empatyczną.
Z punktu widzenia ewolucji, bycie „złym” (rozumianym jako agresja wobec własnej grupy czy brak empatii) po prostu się nie opłacało. Nasi przodkowie przetrwali nie dlatego, że byli najsilniejszymi samotnikami, ale dlatego, że potrafili ze sobą współpracować, dzielić się jedzeniem i opiekować słabszymi. Mechanizmy takie jak oksytocyna (hormon więzi) czy neurony lustrzane (odpowiedzialne za empatię) są dowodem na to, że biologicznie jesteśmy „skonstruowani” do bycia dobrymi dla innych.
Ciekawostka: Badania przeprowadzone na Uniwersytecie Yale (tzw. „Baby Lab”) pokazały, że nawet niemowlęta, które nie zdążyły jeszcze nasiąknąć kulturą, wykazują preferencję wobec postaci, które pomagają innym, a unikają tych, które przeszkadzają. Sugeruje to, że zręby moralności są nam wrodzone.
Jeśli chodzi o smutek, sprawa jest nieco bardziej skomplikowana. Nie rodzimy się smutni, ale rodzimy się z mechanizmem zwanym „negatywizmem poznawczym” (ang. negativity bias). To ewolucyjna pozostałość po czasach, gdy dostrzeżenie zagrożenia (szelestu w krzakach, który mógł być tygrysem) było ważniejsze dla przeżycia niż cieszenie się pięknym zachodem słońca.
Nasz mózg jest zaprogramowany tak, by silniej reagować na negatywne bodźce. To dlatego jedna krytyczna uwaga potrafi zepsuć nam dzień, mimo dziesięciu otrzymanych komplementów. Ten mechanizm sprawia, że patrząc na historię czy wiadomości, odnosimy wrażenie, że świat jest miejscem pełnym cierpienia i zła. W rzeczywistości jednak większość ludzi przez większość czasu dąży do spokoju i zadowolenia.
Wiele z tego, co uznajemy za „zło”, wynika z lęku, traumy lub błędnych systemów społecznych, a nie z wrodzonej złośliwości. Psychologia wskazuje, że zachowania antyspołeczne są najczęściej wynikiem uszkodzeń w sferze emocjonalnej lub ekstremalnie trudnych warunków życia. Kiedy podstawowe potrzeby człowieka (bezpieczeństwo, jedzenie, przynależność) są zaspokojone, naturalną tendencją jest życzliwość.
Smutek, podobnie jak radość, jest emocją adaptacyjną. Pozwala nam wyhamować, przemyśleć straty i zasygnalizować otoczeniu, że potrzebujemy wsparcia. Jednak twierdzenie, że ludzie są „z natury smutni”, jest biologicznie nieuzasadnione. Ludzki organizm dąży do homeostazy, czyli stanu równowagi.
Większość badań nad dobrostanem wskazuje na istnienie tzw. „punktu nastawczego szczęścia”. Choć każdy z nas ma inną bazową linię nastroju (zależną w ok. 50% od genetyki), to jako gatunek jesteśmy niezwykle odporni psychicznie (rezyliencja). Nawet po tragicznych wydarzeniach większość ludzi z czasem wraca do neutralnego lub pozytywnego poziomu nastroju.
Teza, że ludzie są z natury źli i smutni, to w dużej mierze mit. Jesteśmy gatunkiem, którego fundamentem jest współpraca, a domyślnym stanem – dążenie do satysfakcji i relacji z innymi.
Oczywiście, posiadamy zdolność do czynienia zła i odczuwania głębokiego smutku, ale są to raczej reakcje na konkretne okoliczności lub błędy w „systemie” społecznym, a nie nasz pierwotny kod operacyjny. Warto o tym pamiętać, gdy następnym razem scrollując media społecznościowe, poczujemy zwątpienie w ludzkość – nasz mózg po prostu wyłapuje to, co groźne, ignorując miliony drobnych aktów dobroci, które dzieją się wokół nas każdego dnia.