Gość (37.30.*.*)
Wyobraźmy sobie świat, w którym nagle zmieniają się fundamenty naszej codzienności – od składu powietrza, którym oddychamy, przez bogactwa ukryte w ziemi, aż po nasze własne ciała. Choć niektóre z tych zmian wydają się subtelne, ich skumulowany efekt mógłby wywołać prawdziwą rewolucję gospodarczą, biologiczną i społeczną. Przyjrzyjmy się punkt po punkcie, co by się stało, gdyby te liczby stały się rzeczywistością.
Zmiana stężenia tlenu o 0,005% w górę i dwutlenku węgla o tyle samo w dół brzmi jak kosmetyka, ale w skali globalnej to istotny sygnał dla planety. Obecnie stężenie CO2 wynosi około 0,042% (420 ppm). Spadek o 0,005 punktu procentowego oznaczałby powrót do poziomu około 0,037% (370 ppm).
Co to oznacza w praktyce? To tak, jakbyśmy cofnęli zegar klimatyczny do przełomu lat 90. i 2000. Taki spadek CO2 mógłby nieco wyhamować efekt cieplarniany, dając nam więcej czasu na adaptację do zmian klimatu. Z kolei wzrost tlenu o taką samą wartość (z ok. 20,95% do 20,955%) byłby praktycznie niewyczuwalny dla naszych płuc, ale mógłby minimalnie przyspieszyć procesy utleniania i spalania w przyrodzie.
Liczby dotyczące surowców brzmią imponująco, ale ich realny wpływ zależy od skali globalnego zapotrzebowania.
To tutaj zaczynają się najciekawsze zmiany. Zwiększenie średniego wzrostu o 1 cm jest niemal niezauważalne, ale wzrost o 10% to już rewolucja. Jeśli średni mężczyzna ma 180 cm wzrostu, po zmianie miałby niemal dwa metry (198 cm).
W fizyce istnieje zasada, że gdy powiększysz obiekt dwukrotnie w każdym wymiarze, jego powierzchnia wzrośnie czterokrotnie, ale objętość (i masa) aż ośmiokrotnie. Dlatego 10% wzrostu wysokości przekłada się na znacznie większy przyrost wagi, aby zachować te same proporcje ciała.
Wzrost upraw kluczowych roślin (fasola, groch, kukurydza, pszenica, rzepak) oraz hodowli zwierząt (drób, kozy) o 10% wydaje się idealną odpowiedzią na większe zapotrzebowanie nowych, "większych" ludzi.
Jednak pojawia się problem matematyczny. Skoro masa ludzi wzrosła o 15%, a ich zapotrzebowanie energetyczne prawdopodobnie o jeszcze więcej, to 10-procentowy wzrost produkcji żywności może nie wystarczyć. Moglibyśmy stanąć w obliczu globalnego niedoboru żywności, mimo że produkujemy jej więcej niż kiedykolwiek.
Gdyby te wszystkie zmiany zaszły jednocześnie, obudzilibyśmy się w świecie, który jest bogatszy w energię jądrową i metale szlachetne, ale boryka się z ciasnotą. Ludzie staliby się potężniejsi fizycznie, co wymusiłoby przebudowę miast i systemów transportowych.
Gospodarka musiałaby szybko zaadaptować się do nowych standardów konsumpcji. Więksi ludzie to większe ubrania, więcej jedzenia i więcej paliwa potrzebnego do ich transportu. Zmiana składu atmosfery dałaby nam chwilę wytchnienia w walce z ociepleniem, ale presja na zasoby naturalne (mimo nowych odkryć) prawdopodobnie by wzrosła. To byłby świat gigantów, którzy muszą na nowo nauczyć się zarządzać swoją planetą.