Gość (37.30.*.*)
Wyobraźmy sobie świat, w którym nagle zmieniają się podstawowe parametry naszej atmosfery, zasobów i biologii. Choć niektóre z tych zmian wydają się subtelne, ich matematyczne i fizyczne konsekwencje mogłyby wywrócić naszą codzienność do góry nogami. Przyjrzyjmy się punkt po punkcie, co by się stało, gdybyśmy zmodyfikowali skład powietrza, odkryli nowe złoża i „powiększyli” gatunek ludzki.
Zacznijmy od najbardziej drastycznej zmiany, która na pierwszy rzut oka brzmi niewinnie. Wzrost zawartości tlenu (O2) o 0,05% kosztem spadku CO2 o tę samą wartość. Tutaj napotykamy na fundamentalny problem chemiczny i biologiczny.
Obecnie zawartość tlenu w atmosferze to około 20,95%, a dwutlenku węgla około 0,042% (czyli 420 ppm – cząsteczek na milion). Jeśli zwiększymy poziom tlenu o 0,05 punktu procentowego, otrzymamy 21,00%. Dla naszych płuc to zmiana niemal niewyczuwalna. Jednak spadek CO2 o 0,05% jest matematycznie niemożliwy, ponieważ obecnie w atmosferze jest go mniej niż 0,05%.
Gdybyśmy „wyzerowali” CO2 i próbowali zabrać jeszcze więcej:
Liczby podane w pytaniu brzmią imponująco dla pojedynczego człowieka, ale w skali globalnej gospodarki wyglądają nieco inaczej. Przyjrzyjmy się statystykom:
Wniosek: Takie odkrycie byłoby sensacją lokalną (np. gdybyś znalazł to w swoim ogródku), ale nie zmieniłoby układu sił na świecie ani cen surowców.
Zwiększenie średniego wzrostu i wagi ludzi o 10–12% to zmiana, która uderzyłaby nas po kieszeni i wpłynęła na zdrowie publiczne. Jeśli średni mężczyzna ma 180 cm wzrostu, po zmianie miałby około 200 cm. Średnia waga wzrosłaby z 80 kg do około 90 kg.
Tu pojawia się ciekawa zależność fizyczna. Jeśli zwiększamy wzrost o 10%, ale wagę również tylko o 10-12%, to tacy ludzie byliby znacznie smuklejsi niż obecna populacja. Dlaczego? Ponieważ objętość (i masa) rośnie w trzeciej potędze do wzrostu (prawo kwadratu-sześcianu). Gdybyśmy chcieli zachować te same proporcje ciała, wzrost o 10% powinien skutkować wzrostem masy o około 33% ($1,1^3 \approx 1,33$).
Skutki codziennej rzeczywistości:
Wzrost wydajności upraw (fasola, groch, kukurydza, pszenica, rzepak) oraz hodowli (drób, kozy) o 10% brzmi jak świetna wiadomość. Jednak musimy to zestawić z większymi ludźmi.
Analiza matematyczna zapotrzebowania:
W tym scenariuszu wzrost wydajności rolnictwa zaledwie równoważyłby większe potrzeby fizjologiczne nowych, większych ludzi. Nie rozwiązałoby to problemu głodu na świecie, a jedynie utrzymało status quo. Co więcej, dieta musiałaby stać się bardziej monotonna, skoro wzrost wydajności dotyczy tylko wybranych gatunków roślin i zwierząt.
Wybór kóz i drobiu w tym scenariuszu jest strategicznie interesujący. Drób to najbardziej efektywne źródło białka zwierzęcego (niski współczynnik konwersji paszy), a kozy potrafią przetrwać w trudnych warunkach, gdzie bydło by padło. 10-procentowy wzrost ich wydajności mógłby znacząco pomóc w regionach suchych i uboższych, o ile... nie zabiłby ich brak CO2 w atmosferze, o którym wspomnieliśmy na początku.
Gdyby te wszystkie zmiany zaszły jednocześnie, rzeczywistość stałaby się walką o przetrwanie, ale nie z powodu braku surowców, lecz z powodu zapaści biosfery.
Wizja ta pokazuje, jak precyzyjnie nastrojona jest nasza planeta – nawet zmiana o ułamek procenta w składzie powietrza ma większe znaczenie niż tony złota czy tysiące baryłek ropy.