Gość (37.30.*.*)
Historia kryminalna Polski skrywa wiele mrocznych rozdziałów, ale sprawa „mordercy z pikiety” w Łodzi do dziś budzi szczególne emocje. To opowieść o strachu, uprzedzeniach i brutalności, która rozgrywała się na przełomie lat 80. i 90. XX wieku. Choć przez długi czas sprawca pozostawał nieuchwytny, ostatecznie okazało się, że za serią brutalnych zabójstw stał jeden człowiek – Roman Winiarek.
Roman Winiarek, znany w kronikach kryminalnych jako „morderca gejów z Łodzi”, był seryjnym mordercą, który terroryzował miasto w latach 1988–1993. Urodzony w 1953 roku, Winiarek nie był postacią, która rzucała się w oczy. Miał za sobą przeszłość kryminalną, w tym wyroki za kradzieże i rozboje, co sprawiło, że dużą część życia spędził w zakładach karnych. To właśnie tam, według niektórych psychiatrów, mogła ugruntować się jego nienawiść i specyficzny mechanizm działania.
Winiarek wybierał swoje ofiary w miejscach zwanych „pikiety”. W tamtych czasach, ze względu na brak akceptacji społecznej i penalizację postaw mniejszościowych w sferze publicznej, homoseksualni mężczyźni spotykali się w ukryciu – w parkach (np. Park Julianowski), okolicach dworców czy publicznych toaletach. To właśnie tam morderca nawiązywał kontakt ze swoimi ofiarami.
Termin „pikieta” w żargonie tamtych lat oznaczał miejsce spotkań gejów. Dla mordercy były to idealne tereny łowieckie. Winiarek działał według powtarzalnego schematu: wzbudzał zaufanie, dawał się zaprosić do mieszkania ofiary, a tam dokonywał brutalnego ataku. Jego motywem była nie tylko chęć rabunku, ale – jak sugerowali biegli – głęboko zakorzeniona agresja.
Ofiary były zazwyczaj duszone lub zadawano im liczne ciosy nożem. Po dokonaniu zabójstwa Winiarek plądrował mieszkania, zabierając cenne przedmioty, pieniądze, a czasem nawet alkohol czy jedzenie. Fakt, że ofiary prowadziły podwójne życie, sprawiał, że ich zaginięcia lub śmierć często nie były zgłaszane natychmiast, co dawało mordercy ogromną przewagę czasową.
Złapanie mordercy z pikiety zajęło śledczym kilka lat, a na liście jego ofiar znalazło się co najmniej siedem osób (choć podejrzewano go o więcej czynów). Istniało kilka powodów, dla których sprawca tak długo pozostawał na wolności:
Warto wiedzieć, że zgromadzone podczas akcji „Hiacynt” akta (tzw. różowe teczki) paradoksalnie mogły pomóc w śledztwie, ale jednocześnie to właśnie one zbudowały mur nieufności między milicją a potencjalnymi świadkami. Ludzie woleli milczeć, niż ryzykować zniszczenie życia osobistego.
Przełom w śledztwie nastąpił w 1993 roku. Dzięki żmudnej pracy operacyjnej, analizie skradzionych przedmiotów oraz zeznaniom osób, które cudem uniknęły śmierci, policja wytypowała Romana Winiarka. Został on zatrzymany i postawiony przed sądem.
Proces był głośny i bulwersujący. Winiarek nie okazywał skruchy. W 1994 roku Sąd Wojewódzki w Łodzi skazał go na karę śmierci za zabójstwo siedmiu osób. Warto pamiętać, że był to okres, w którym w Polsce obowiązywało już moratorium na wykonywanie kary śmierci, a wkrótce potem została ona całkowicie zniesiona. W wyniku amnestii i zmian w kodeksie karnym, wyrok Winiarka zamieniono na dożywotnie pozbawienie wolności.
Sprawa mordercy z pikiety do dziś jest analizowana przez kryminologów jako przykład seryjnego mordercy o podłożu nienawistnym i rabunkowym. Roman Winiarek zmarł w zakładzie karnym, ale pamięć o tamtych wydarzeniach wciąż pozostaje przestrogą. Historia ta pokazuje, jak brak tolerancji i marginalizacja grup społecznych mogą tworzyć idealne warunki dla przestępców, którzy czują się bezkarni, żerując na ludzkim strachu przed ujawnieniem prawdy o sobie.
Dziś łódzkie pikiety to już w większości miejsca historyczne, a społeczność LGBTQ+ funkcjonuje w zupełnie innej rzeczywistości, jednak postać mordercy z pikiety pozostaje jednym z najmroczniejszych symboli Łodzi okresu transformacji.