Gość (37.30.*.*)
Pytanie o to, co ostatecznie doprowadziło do upadku dawnej Rzeczypospolitej, od lat spędza sen z powiek historykom. Choć na liście „grzechów głównych” polskiej szlachty często pojawiają się liberum veto, słaba władza królewska czy brak nowoczesnej armii, to właśnie kwestie gospodarcze mogły być fundamentem wszystkich późniejszych nieszczęść. Niechęć szlachty do handlu i mieszczaństwa nie była tylko kwestią snobizmu – to był systemowy błąd, który na stulecia zahamował rozwój kraju.
W kulturze szlacheckiej panowało silne przekonanie, że jedynym godnym zajęciem dla człowieka dobrze urodzonego jest uprawa roli (zarządzanie majątkiem) oraz służba wojskowa. Handel, rzemiosło czy bankowość uważano za zajęcia „niskie”, przeznaczone dla mieszczan i cudzoziemców. Co więcej, prawo stanowe było w tej kwestii bezlitosne – szlachcic, który zająłby się handlem detalicznym lub osiadł w mieście, mógł teoretycznie stracić swoje szlachectwo (tzw. skartabellat).
Ta mentalność stworzyła mur, którego nie dało się łatwo zburzyć. Podczas gdy w Anglii czy Holandii młodszy syn arystokraty bez wstydu zostawał kupcem i pomnażał rodzinny kapitał, w Polsce wolał on klepać biedę na zagrodzie u bogatszego sąsiada, byle tylko nie „splamić” rąk pracą w mieście. W efekcie ogromny potencjał intelektualny i finansowy narodu został uwięziony w granicach folwarku.
Szlachta nie była całkowicie odcięta od rynku – wręcz przeciwnie, Polska była „spichlerzem Europy”. Problem polegał na tym, że szlachta ograniczyła się wyłącznie do eksportu surowców, głównie zboża, drewna i potażu. Sprzedaż płodów rolnych z własnych ziem była jedynym akceptowalnym sposobem zarobkowania, co doprowadziło do powstania gospodarki folwarczno-pańszczyźnianej.
Taki model miał opłakane skutki:
To prawdopodobnie najpoważniejszy skutek niechęci szlachty do handlu. Silne państwo potrzebuje silnych miast. W Polsce szlachta systematycznie ograniczała prawa mieszczan, narzucając im niekorzystne cła i zakazując posiadania ziemi poza murami miasta. Miasta, zamiast stawać się centrami przemysłu i nowoczesnej myśli politycznej, karlały.
Brak silnego mieszczaństwa oznaczał, że król nie miał naturalnego sojusznika w walce z samowolą magnatów. W Europie Zachodniej to właśnie sojusz tronu z bogatym kupiectwem pozwolił na budowę nowoczesnych, scentralizowanych państw. W Rzeczypospolitej szlachta była jedynym liczącym się graczem, co doprowadziło do zachwiania równowagi politycznej.
Gdańsk był jedynym miastem w Rzeczypospolitej, które realnie potęgowało swoje bogactwo na handlu. Wynikało to z faktu, że gdańscy kupcy pełnili rolę pośredników, których szlachta nie była w stanie pominąć. Szlachcic spławiał zboże Wisłą do Gdańska, ale to gdańszczanin sprzedawał je dalej Holendrom czy Anglikom, zgarniając lwią część marży. Szlachta nienawidziła gdańskich „monopolistów”, ale była od nich całkowicie zależna finansowo.
Trudno jednoznacznie stwierdzić, czy był to błąd największy, ale z pewnością był to błąd fundamentalny. Bez własnego handlu i przemysłu Rzeczpospolita stała się organizmem bez sprawnego układu krwionośnego. Nawet najodważniejsza husaria nie mogła wygrywać wojen w nieskończoność, gdy skarbiec państwa świecił pustkami, a miasta nie były w stanie produkować nowoczesnego uzbrojenia na masową skalę.
Warto jednak zauważyć, że pod koniec XVIII wieku, w dobie Sejmu Wielkiego, zaczęło się to zmieniać. Pojawiły się próby zakładania manufaktur przez magnatów (np. działalność Antoniego Tyzenhauza), a Konstytucja 3 Maja zaczęła przywracać prawa mieszczanom. Niestety, te reformy przyszły o kilka dekad za późno, by powstrzymać machinę rozbiorową sąsiednich mocarstw, które już dawno postawiły na rozwój handlu i przemysłu.
Podsumowując, pogarda dla handlu była wyrazem szerszego problemu – braku wizji państwa jako nowoczesnego organizmu gospodarczego. Szlachta chciała żyć w sielankowym, rolniczym raju, podczas gdy świat wokół nich zmieniał się w dymiące kominy fabryk i potężne giełdy towarowe. Ta dysproporcja sił ostatecznie przypieczętowała losy państwa.