Gość (37.30.*.*)
Władza komunistyczna, a zwłaszcza jej stalinowskie skrzydło, darzyła jazz głęboką i ideologicznie ugruntowaną niechęcią. Przez lata, szczególnie w najciemniejszym okresie stalinizmu, muzyka ta była zwalczana, spychana do podziemia i traktowana jako element "wrogiej kultury".
Głównym powodem, dla którego komuniści (staliniści) w Polsce tak nie lubili jazzu, była jego geneza i symbolika. Jazz, jako muzyka wywodząca się ze Stanów Zjednoczonych, był automatycznie kojarzony z amerykańskim kapitalizmem, imperializmem i indywidualizmem. W oczach ideologów partyjnych, którzy dążyli do stworzenia społeczeństwa podporządkowanego socjalistycznej ideologii i promowali jedynie sztukę zgodną z doktryną socrealizmu, jazz był absolutnie nie do przyjęcia.
Propaganda określała jazz mianem „formalistycznej jazzowej tandety” lub muzyki „zdegenerowanego Zachodu”. Był to element szerszej walki z wszelkimi wpływami kulturowymi, które mogłyby podważyć monopol partii na kształtowanie świadomości obywateli. Władze uważały, że jazz propaguje niezdrowe, burżuazyjne wzorce zachowań i jest wręcz tożsamy z sympatią dla wrogiej ideologii.
Dla młodych ludzi i samych muzyków, jazz stał się czymś więcej niż tylko muzyką – był symbolem wolności i buntu wobec opresyjnego systemu. W szarej i zgrzebnej rzeczywistości stalinowskiej Polski, improwizacja, która jest podstawową cechą jazzu, dawała artystom poczucie artystycznej wolności i możliwość wyrażenia tęsknoty za innym światem.
Jak mawiali sami muzycy, „komunista nie może być jazzmanem, bo w tej muzyce nie ma wytycznych”. Ta nieprzewidywalność, spontaniczność i brak możliwości pełnego kontrolowania formy i treści, czyniły jazz naturalnym przeciwieństwem sztywnej, narzucanej odgórnie kultury socrealistycznej. Słuchanie jazzu stawało się aktem oporu i manifestacją niezależności.
Jazz był również nierozerwalnie związany z subkulturą bikiniarzy, która była jawnym, choć niepolitycznym, protestem przeciwko stalinizmowi. Bikiniarze, charakteryzujący się kolorowym ubiorem (szczególnie jaskrawe skarpetki i krawaty) i zamiłowaniem do zachodniej muzyki, byli zaciekle tępieni przez władze i oficjalną propagandę. Żywym symbolem tego buntu i propagatorem jazzu był pisarz i publicysta Leopold Tyrmand, który prowadził wykłady o muzyce i inicjował koncerty jam session.
Najostrzejszy atak na jazz nastąpił pod koniec lat 40. i trwał przez okres najczarniejszego stalinizmu, czyli w latach 1949–1954. Choć jazz nigdy nie został oficjalnie zakazany dekretem, był zwalczany poprzez:
W tym czasie zespoły jazzowe zeszły do podziemia, grając w prywatnych mieszkaniach, piwnicach i małych, półlegalnych kawiarniach. Stąd wzięło się określenie „jazz katakumbowy”.
Sytuacja zaczęła się zmieniać po śmierci Stalina w 1953 roku i stopniowym procesie destalinizacji. Pierwsze symptomy poluźnienia represji i liberalizacji życia społecznego pojawiły się około 1955 roku.
Symbolicznym momentem końca prześladowań i powrotu jazzu do publicznej świadomości był I Festiwal Muzyki Jazzowej w Sopocie, który odbył się w sierpniu 1956 roku. Wydarzenie to, zorganizowane pod czujnym okiem władz, stało się jednym z symboli tzw. odwilży październikowej. Przyciągnęło dziesiątki tysięcy widzów i było głośną manifestacją sprzeciwu wobec dotychczasowej polityki kulturalnej.
Od tego momentu jazz, choć nadal kontrolowany, zyskał "zielone światło" i mógł rozwijać się już w miarę legalnie, co doprowadziło do powstania w 1958 roku słynnego festiwalu Jazz Jamboree.